Wywiady

SŁAWA TO ŻART




Rozmawiała: Elżbieta Pawełek



Jak się pan czuje?


 Lepiej. Codziennie ciężko pracuję nad swoim zdrowiem i spędzam wiele czasu na rehabilitacji.



Są postępy?


Zacząłem ruszać palcami prawej ręki, która była sparaliżowana i nie mogłem jej podnieść do góry. Sam się już kąpię, zakładam skarpetki, to są postępy kolosalne.



Po udarze nie mógł pan mówić, to musiał być szok...


Całe życie zawaliło się w ciągu ułamka sekundy. Lekarz z warszawskiego Instytutu Neurologii przy Sobieskiego powiedział mi wtedy: „Niech pan nie zadaje sobie pytań, dlaczego to pana spotkało i teraz myśli do przodu, jak z tego wyjść”. Myślę o tym nieustannie.



Wygląda pan zabójczo. Szczupły, przystojny, odmłodzony.


Dziękuję, schudłem 20 kilogramów głównie na wikcie szpitalnym. To najsmutniejsza część mojej choroby, jedzenie w szpitalu jest po prostu nie do przeżycia. Nie jem teraz słodyczy, chleba, ziemniaków i waga się trzyma. Zaczynam dochodzić do sprawności fizycznej, ale to wymaga czasu.



Niecierpliwi się pan?


To wszystko jest dość powolne. Lekarze jednak utrzymują, że postępy u mnie następują nad wyraz szybko. Na ogół widać je dopiero po roku, a ja miałem udar dziewięć miesięcy temu.



Kiedy to się stało, myślał Pan o śmierci?


Wcale o niej nie myślałem. Kiedy pogotowie zabrało mnie do szpitala, nie wiedziałem, że jest tak źle. Właśnie wybierałem się do Olsztyna na koncert z Małgorzatą Walewską, wieczorem miałem wystąpić przed publicznością, wszystkie bilety wyprzedane. Nawet lekarzowi mówiłem: „Panie doktorze, ja muszę dzisiaj jechać na koncert, tam ludzie na mnie czekają”. A on na to : „Dzisiaj to pan nigdzie nie pojedzie”. Zdziwiło mnie, że tak kategorycznie mówi. Występowałem kiedyś z 40-stopniową gorączkę i przeżyłem. Kiedy położono mnie w łóżku, zaczęło do mnie docierać, że mam paraliż jednej strony ciała. Na dużą salę, gdzie początkowo leżałem, co chwila przywożono nowych pacjentów po udarze, niektórzy po godzinie lub dwóch umierali. Potem przywożono następnych i ciągle ktoś umierał. Wtedy naprawdę się przeraziłem.



Miał pan szczęście, że pańska współpracownica Kasia akurat tego dnia pojawiła się u pana kwadrans wcześniej niż zwykle.


Uratowała mi życie. Zwykle przychodzi o dziewiątej, ale tego dnia jadąc do pracy w ogóle nie stała w korkach. Cały czas miała zielone światła, pędziła jak na skrzydłach aniołów. Kwadrans później nie otworzyłbym jej drzwi, siedziałbym w fotelu sparaliżowany.



To cudowne ocalenie. Wierzy pan teraz w cuda?


Zawsze w nie wierzyłem. A druga rzecz, że pogotowie też przyjechało natychmiast.



Prasa spekulowała, że Bogusław Kaczyński zapewne odzyska mowę, ale zamiast chodzić będzie jeździł na wózku inwalidzkim.


Rzeczywiście, jeździłem na wózku przez kilka miesięcy w szpitalu, jednak terapeuci doszli do wniosku, że w domu nie będzie mi potrzebny. Jeszcze w szpitalu powiedziałem, że wyjdę stąd na własnych nogach. Lekarze uznali to za objaw choroby. Byłem przecież sparaliżowany, ale to ja miałem rację, nie oni. Po trzech miesiącach opuściłem szpital podpierając się tylko laseczką.



Jak wyglądały pierwsze dni na wolności?


Bardzo bałem się dużych przestrzeni, pomieszczeń z otwartymi drzwiami. Lekarze uspokajali: „Niech pan pamięta, że nie jest pan chory na grypę tylko na głowę”. Cierpię, bo mój piękny samochód stoi już tyle miesięcy na parkingu i ciągle na mnie czeka..



To Rolls-Royce z wodotryskiem?


Nie, BMW z automatyczną skrzynią biegów. Z powodu lęku przestrzeni uczę się jeździć na nowo z terapeutą. Przy 40 km na godzinę dostaję dreszczy, boję się, że uderzę w inny samochód. Mój terapeuta mówi, że to minie. A jeździłem kiedyś 150 km na godzinę, jeśli drogi na to pozwały.



Z perspektywy ciężkiej choroby liczą się inne wartości: kochająca rodzina, bliscy, dzieci. Pan tego nie ma. Smutno trochę?


Ale mam grono serdecznych ludzi, którzy nie opuścili mnie w nieszczęściu. Panią Ewę, moją opiekunkę, panie z mojego impresariatu i wiernych przyjaciół. Są wśród nich też zwykli telewidzowie, którzy przysłali mi 10 tysięcy maili, listy do szpitala, prezenty i słonie, które kolekcjonuję, a także święte obrazki. Zamówili w mojej intencji msze w cudownych sanktuariach w Polsce i na całym świecie, w Niemczech, Hiszpanii, Portugalii. To były wzruszające odruchy serca.



Ale w domu nie widzę świętych obrazów. Na ścianie „Sąd Parysa” Henryka Siemiradzkiego i inne piękne płótna...


To kopia, oryginał znajduje się w Muzeum Narodowym. Jak się pani przyjrzy, dostrzeże też obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.



Sześć miesięcy po udarze poprowadził pan Europejski Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy. Nie za duże tempo?


Wziąłem na siebie dużą odpowiedzialność, lekarze twierdzili, że jeszcze na to za wcześnie. Właściwie festiwal zrobiłem w łóżku szpitalnym, leżąc obłożnie chory angażowałem artystów, ustalałem program. Potem trzeba było poprowadzić koncerty w Krynicy. Miałem wielką tremę przed wejściem na scenę, wspierała mnie Grażyna Brodzińska i jakoś się udało. Z występu na występ było coraz lepiej.



Podobno żebrze pan o pieniądze, żeby festiwal trwał dalej.


Trzeba być żebrakiem, żeby zrobić festiwal w Krynicy, który nie ma żadnej stałej dotacji. Artystów i zespoły angażuje się, zanim pojawią się jakieś pieniądze. To wielkie ryzyko. Ale już są przygotowane bilety na kolejny festiwal. Ludzie chętnie przyjeżdżają na niego z całej Europy, nawet z dalekiego San Francisco, Australii, Izraela. W tej chwili urywają się telefony i moje biuro impresaryjne przyjmuje zamówienia.



Miejmy nadzieję, że scenariusza nie będzie pan pisał w łóżku.


Na pewno. Mogę się poszczycić, że po Krynicy prowadziłem już kilka koncertów i na scenę wchodziłem bez laski, choć jeszcze chodzenie pozostawia trochę do życzenia.



Biuro na górze, mieszkanie niżej. W zasadzie nie rozstaje się pan z pracą?


Absolutnie nie, piszę równocześnie trzy książki, a właściwie dyktuję, bo jeszcze nie mam pełnej sprawności w ręce. Pracuję też ciągle nad festiwalem, ale w tej chwili praca jest dodatkiem do mojego życia. Dotychczas nie miałem czasu, żeby żyć. Teraz postanowiłem korzystać z uroków życia.



Czyli są też dobre strony choroby?


Trzeba przyjmować z pokorą to, co niesie życie. Kiedyś mówiłem z dumą, że jestem nieuleczalnym pracoholikiem. Ostatnio jednak byłem zmęczony tym trybem życia. Mówiłem, że muszę swoje życie zdecydowanie zmienić. Los sam mnie do tego zmusił. Mam teraz więcej czasu dla siebie, na słuchanie muzyki, na spacery i zamierzam więcej podróżować po Polsce, wyłącznie turystycznie. Chciałbym odwiedzić Łowicz, Krasiczyn, Nieborów, Walewice, w których, wstyd się przyznać, nie byłem. Nie miałem, kiedy tego zrobić. Marzyłem też całe życie, żeby pojechać do Nałęczowa i zobaczyć, jak kwitną bzy i jabłonie.



Może lepiej pojechać do Kraju Kwitnącej Wiśni?


Nie tęsknię już za dalekimi podróżami i zwiedzaniem obcych krajów. Wszędzie byłem, wszystko widziałem, w najlepszych hotelach mieszkałem.



Słucha pan czasem muzyki pop?


Słucham często Edith Piaf, Franka Sinatrę, bardzo lubiłem też Marka Grechutę i Ewę Demarczyk. Ale zamiast głośnej muzyki wolę pianissima u Wagnera.



Widzi pan w Polsce nowe talenty operowe?



Oczywiście, jest bardzo dużo zdolnych, młodych i utalentowanych ludzi. Na przykład na ostatnim festiwalu w Krynicy zadebiutowała Joanna Jakubas, młodziutka śpiewaczka, studiująca wokalistykę w Nowym Jorku. Podjąłem ryzyko, żeby zaśpiewała, bo na każdy festiwal zapraszam młodych wykonawców. Wyszła na estradę i po raz pierwszy w życiu śpiewała z orkiestrą symfoniczną, co jest bardzo stresujące. Zaśpiewała pięknym głosem, z wielką muzykalnością. Jest niezwykle skromną osobą, szalenie utalentowaną. Przepowiadam jej piękną przyszłość artystyczną.



Powiedział pan kiedyś ostre słowa, że Teatr Wielki jest antypolski. Nadal tak pan sądzi?


Nie zmieniłem zdania. Ktoś nazwał go operą narodową. Ale teatr, który w minimalnym stopniu wystawia polskie utwory, nie pokazuje wielkich polskich kompozytorów, nie jest nią. Bardzo mnie martwi, że pierwsza polska scena, korzystająca z ogromnych dotacji nie wykonuje swoich statutowych zadań. Muzeum Teatralne de facto przestało istnieć. Do lochów złożono zbiory, w tym suknie Heleny Modrzejewskiej i tam powoli kończą swoje życie. One powinny być stale eksponowane, żeby ludzie wiedzieli, jakie mieliśmy brylanty w historii.



Zanim został pan menadżerem kultury, chciał być pianistą. Ktoś wspierał pana w tych dążeniach?


Mój ojciec. Od małego grałem na fortepianie, w wieku 3,5 lat miałem debiut sceniczny w rodzinnej Białej Podlaskiej, zakończony wielkim sukcesem, bisowałem trzy razy. Już jako chłopiec stałem się najsławniejszym w całym powiecie pianistą. Wożono mnie od miasteczka do miasteczka, stale gdzieś grałem.



A gdzie był ten pierwszy występ?


W sali Domu Strażaka, którą nazywano „Skala”. Może dlatego, że wchodziło się do niej po schodach, bo była na pierwszym piętrze. Wiele lat później, siedząc w loży królewskiej słynnej „La Scali”, uświadomiłem sobie, jaką drogę przebyłem: od bielsko-podlaskiej „Skali” do mediolańskiej „La Scali”.



Jaka zbieżność nazw! Czy w domu rodzinnym ktoś grał na instrumencie muzycznym?


Mój ojciec i to na kilku instrumentach. Marzył, żeby zostać zawodowym muzykiem. Niestety, był to okropny czas, rewolucja, wojna światowa. Nie udało mu się, ale postanowił uczyć muzyki swoje dzieci. Moja siostra okazała się jednak typem niepokornym i w jej przypadku nic z tego nie wyszło. Ja zaś byłem grzeczny, układny, nie stwarzałem problemów. Ale pamiętam kilka momentów, kiedy łzy kapały mi po policzkach, bo chciałem jak inni chłopcy pojechać na biwak, a musiałem grać na fortepianie. Siedziałem równiutko na stołku i grałem. Ojciec siedział z tyłu i wszystko kontrolował.



W takich momentach kołem ratunkowym była mama?


Mama nie ingerowała, wiedziała, że to konieczne. Pod koniec życia ojciec nieoczekiwanie wyznał: „Kiedy przypomnę sobie łzy płynące po twoich policzkach, bo chciałeś jechać na biwak, a ja cię zmusiłem do grania sonaty Beethovena, to mi się serce kraje”. Widocznie te łzy zapisały się też w jego pamięci.



Jaki był pański dom? Z tradycjami, w którym dba się o wartości narodowe, patriotyczne?


To był niezwykły dom. Cała moja rodzina po mieczu i kądzieli pochodzi ze wschodnich rubieży Polski. A „wschodniacy”, tak ich nazywają, to są ludzie ciepli, serdeczni, niezwykle rodzinni, patrioci. I bardzo muzykalni.



Zawsze marzyły się panu wielkie gale operowe. Pamięta pan swoje zarządzenie wydane z okazji festiwalu w Łańcucie o obowiązku strojów wieczorowych. Prasa docinała wtedy, że Kaczyński ma fanaberie.


Dziennikarze, którzy mi docinali, znikli i nie wiadomo, gdzie są. A publiczność przyjęła moje zaproszenie do pałacu księżnej marszałkowej Lubomirskiej w strojach wieczorowych ze zrozumieniem. Jeśli muzyk jest we fraku, a śpiewaczka lub skrzypaczka w długiej sukni, nie ma powodu, żeby pani siedząca w pierwszym lub drugim rzędzie była nieuczesana, w złych butach i jeszcze miała pod krzesłem siatkę z zakupami.



Kolekcjonuje pan stare płyty. Nie lubi pan nowoczesnej techniki?


Nie chodzi o technikę tylko o to, że stare, trzeszczące nagrania mają jakąś głębię, inny dźwięk. Nie usłyszę tych niuansów na płycie CD, która jest dla mnie zbyt sterylna. Wolę kupić pirackie płyty.



Jak to, wspiera pan piractwo?


Ale nie takie płyty z bazaru. Kupuję je w specjalnych sklepach. Podczas spektakli operowych powstają czasem nagrania, nazywane pirackimi. Dzieje się tak wbrew wszelkim przepisom, ale cenię pracę piratów. Sam widziałem kiedyś tych nagrywających w Metropolitan w Nowym Jorku, mają małe magnetofony wielkości pudełka zapałek, skrytego gdzieś w rękawie. Wtedy siedział obok mnie jakiś pan, a ja biłem brawo. Pokazał, żebym nie robił tego tak głośno. To są wspaniali hobbyści. Dzięki nim mamy potem nagrania wielkich mistrzów, które pofrunęłyby w eter. Nie robią tego dla zysku tylko z miłości do sztuki.



A pan z miłości do sztuki nosił torby Marii Callas? Od tego, jak twierdzą złośliwi, zaczęła się pańska kariera.


Nieprawda, Callas spotkała się ze mną w hotelu w Turynie i była czarująca. To było wyjątkowe wyróżnienie, bo nie rozmawiała z dziennikarzami, do których miała żal, ponieważ nieprawdę o niej pisali. Zresztą, nie przedstawiłem się jej jako dziennikarz tylko miłośnik muzyki z Polski.



Czasem jedna gwiazda może otworzyć drzwi innej gwieździe?


Trzeba mieć dobrą rękę do ludzi lub otrzeć się o czyjąś jasność. Po rozmowie z Callas ogłosiłem, że swoje życie dzielę na dwie ery: tę przed spotkaniem z nią i po. Zmieniła moje patrzenie na sztukę, wróciłem do Polski innym człowiekiem. Potem jeszcze jedno spotkanie wyznaczało kolejną cezurę w moim życiu.



Też z artystą?


Nie, z papieżem. To stało się podczas prywatnej wizyty w Watykanie. Czułem jakieś ciepło płynące przez całe ciało, kiedy mnie objął, położył ręce na plecach. To było coś niezwykłego. Wyszedłem na Plac św. Piotra, usiadłem w kawiarence, kelner zapytał, co podać. Nie mogłem wydobyć z siebie słowa, siedziałem tak nieruchomo dwie godziny zupełnie jak w hipnozie. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Bardzo przeżyłem jego śmierć.



Tak jakby odszedł przyjaciel?


Jak ktoś wielki w moim życiu.



Aby zrobić karierę, trzeba być w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu?


Trzeba mieć autentyczny talent. Powiem nieco gorzko: żadne miernoty niech nie liczą na karierę, bo będzie to chwilowe powodzenie i protekcja. Kariera jest czymś długodystansowym. Potrzebne są do niej talent i szczęście. Spotkanie właściwych ludzi.



Nosi pan takie samo nazwisko jak prezydent. Czy oznacza to sympatie do prawej strony na scenie politycznej?


Nie, jestem apolityczny. Nie zajmuję się polityką tylko kulturą, która jest nieprzemijająca i warto jej poświęcić życie. Z braćmi Kaczyńskimi wiąże się wiele zabawnych anegdot. Pisano przez lata, że jestem ich trzecim bliźniakiem. Ale nie mamy chyba ani wspólnych korzeni, ani powiązań rodzinnych, chociaż znam się z prezydentem i zawsze żartujemy na temat naszego nazwiska.



Chciałby pan, żebyśmy żyli w spokojnej Polsce, która nie jest skłócona?


Chciałbym, żeby ludzie się pogodzili ze sobą i skierowali zainteresowania w jakąś stronę. Wszystko jedno, czy to będzie kolekcjonowanie znaczków pocztowych, nalepek na pudełka zapałek, muzyka, ekonomia, czy dobroczynność. Wszystkie te rzeczy mogą być bardzo piękne i dać wspaniałe efekty. Ale jest potrzebny wzajemny szacunek.



Co według pana jest miarą sukcesu?


Wielka satysfakcja płynąca z pasji, bo nie ma bez niej sukcesu. Często pytano mnie o pieniądze, ile można zarobić, kiedy się robi karierę? Nie przywiązuję do tego szczególnej wagi. Gdybym chciał robić pieniądze, zostałbym bankierem, a nie zajmował się muzyką, nie kochał muzyki Chopina, którego mogę słuchać godzinami. I zawsze coś nowego odkrywam.



Dostał pan cztery „Wiktory”, był ulubieńcem publiczności. Czytelnicy „Polityki” zaliczyli pana do grona dziesięciu największych osobowości telewizyjnych XX wieku. W „Baronie cygańskim” jest taki refren, który trafił do pańskiej książki: „Wielka sława to żart...”


„Książę błazna jest wart, złoto toczy się w krąg, z rąk do rąk, z rąk do rąk”. Cała ta sława jest jak polna trawa. Te słowa powtarzała za poetą największa czeska śpiewaczka, gwiazda Metropolitan Opera, Emmy Destinn. Z uśmiechem na ustach mówię: róbmy swoje, sława przyjdzie z czasem. Nie trzeba jej specjalnie wyglądać.



„Moje marzenia wciąż płoną”, wyznał pan kiedyś. Tak już zostanie?


Do końca. Stary Goethe powiedział: „Każdy człowiek powinien mieć plany na 100 lat naprzód”. A ja dodaję: mam już plany na 150 lat naprzód. Zdarzają się zakręty w życiu, których nie można przewidzieć, los jest czasem okrutny, wymierza ciosy i trzeba się z tym pogodzić. Żyć dalej, realizować swoje plany.



Ma pan dużo siły wewnętrznej. A jakie są największe słabości?


Kiedyś były nimi słodycze i hazard. Grałem w kasynie w Monte Carlo, nie da się ukryć, jeździłem tam często. Dziś słodyczy nie jadam zupełnie, do Monte Carlo też nie jeżdżę. Sporządniałem.





Opublikowano przez: Miesiecznik "SUKCES"
Data publikacji: 2007-12-10



system cms CMS-LeoN ®    Copyrights © 2007 by Adicom - Strony Internetowe.