Przyznaje, że jest pedantem. W szafie wiesza koszule w porządku kolorystycznym, czyli od najjaśniejszej do najciemniejszej. Słynie też z nieskazitelnych manier. Kiedy na towarzyskim spotkaniu trafi mu się brudna od jajecznicy łyżeczka, chowa ją w rękawie i idzie do łazienki umyć, bo nie wypada zwracać uwagi gospodarzowi.
Popularność zdobył dzięki telewizji. Karierę wywróżyła mu pewna księżniczka węgierska w Wiesbaden. Polubili go nawet robotnicy Ursusa, przyznając przed laty tytuł Człowieka Roku. Recenzenci na początku surowo go oceniali. Zwłaszcza po tym, jak na biletach i afiszach festiwalu w Łańcucie kazał napisać: „Wymagany strój wieczorowy”. Tak wtedy tłumaczył swój pomysł: „Skoro śpiewaczki występują w długich sukniach, to dlaczego pani Kamińska ma siedzieć w rozciągniętym swetrze i z nie umytą głową”. Dziennikarze nazwali to „fanaberią Kaczyńskiego”, a publiczność doceniła.
Telewidzowie zaczęli przysyłać mu prezenty: serwetki, szaliki i pantofle robione na drutach. Jeden pan zrobił coś niesamowitego – podarował mu dużą granitową płytę nagrobną z portretem na tle łańcuckiego zamku.
– Mam ją do dziś, bo jest piękna – przyznaje Bogusław Kaczyński.
Nie ogranicza się tylko do muzyki poważnej. Występuje na estradzie w towarzystwie tak egzotycznych kompanów, jak Krzysztof Skiba czy Kuba Wojewódzki. Zagrał też w serialu „Niania”, w którym – jak sam przyznaje – czuł się świetnie. Ma dwie słabości: „M jak miłość” – jego bohaterów uważa za swoją rodzinę oraz „Przeminęło z wiatrem” – to wybitne dzieło zna na pamięć.
Teraz pracuje nad autobiografią. Opisze w niej m.in. nieszczęście, które go niedawno dotknęło. Zapewnia, że to co się w jego życiu wydarzyło, przypomina tragedię grecką.
Czy coś ją zapowiadało?
Nie, to się stało w ułamku sekundy, w fotelu, w którym teraz siedzę. Właśnie wyjeżdżałem do Olsztyna na koncert z Małgorzatą Walewską. Nagle zobaczyłem dwa telewizory. Pięć minut potem prawa strona ciała była już sparaliżowana.
Zawsze pan powtarzał za wielką Mirą Zimińską, że do kariery trzeba mieć zdrowie.
Do tego udaru sprzed kilku miesięcy – miałem.
O czym pan myślał podczas ataku?
O niedokończonych książkach, audycjach telewizyjnych i radiowych. Mój kalendarz był czarny od zaplanowanych wyjazdów zagranicznych.
A o śmierci?
Nie dopuszczałem do siebie tej myśli. W szpitalu wokół mnie na tę chorobę umierali ludzie. Udawałem, że tego nie widzę. Bałem się, żeby nie być sparaliżowanym i nie stracić pamięci.
Dlaczego według pana to się wydarzyło. Przez przepracowanie?
Na pewno też, ale przeżywałem także kolosalny stres spowodowany śmiertelną chorobą mojej siostry Anny, która mieszkała w Sztokholmie. Ostre stadium nowotworu. Byłem w takim szoku podczas rozmowy z lekarzem, że połowy jego słów w ogóle nie rozumiałem. Moja głowa nie chciała tego słuchać. Wróciłem do Polski w nocy, a rano miałem udar. Nie zdążyłem nawet zadzwonić do niej i powiedzieć, że doleciałem szczęśliwie. Opowiedziałem jej wszystko dopiero dwa tygodnie później, kiedy mogłem sprawniej mówić. Umarła wkrótce potem. Ja leżałem trzy miesiące sparaliżowany w łóżku szpitalnym, a ona umierała. Jak w tragedii greckiej.
To była jedyna pana krewna?
Tak. Byliśmy ze sobą bardzo związani. Codziennie telefonowaliśmy do siebie.
I co roku przyjeżdżała na festiwal do Krynicy?
Zawsze siedziała w tym samym fotelu w pierwszym rzędzie. Mówiąc, patrzyłem na nią. W zeszłym roku bardzo mi jej brakowało. Wyszedłem na scenę, podpierając się laską. To było trzy miesiące po wyjściu ze szpitala. Publiczność na stojąco zaśpiewała mi „Sto lat”. Miałem łzy w oczach.
Wielbiciele w chwilach słabości pomagają czy przeszkadzają?
Serdeczność publiczności wiele dla mnie znaczy. Dostałem 10 tys. mejli i ogromne ilości listów. W szpitalu odwiedzali mnie również zupełnie obcy ludzie. Przynosili święte obrazki. W mojej intencji zamówiono około 60 mszy na całym świecie. Dostawałem zawiadomienie o dacie i godzinie tych nabożeństw. Wzruszało mnie to.
Być może dzięki temu tak szybko zaczęła wracać sprawność?
Pomogło mi też to, że jestem chorobliwym optymistą. Mam tę cechę po dziadku. Podobnie jak zdolności ogrodnicze. On miał piękny ogród i uważał, że rośliny przywiązują się do właściciela. Rzeczywiście, po jego śmierci najpiękniejsze okazy – mimo należytej opieki – zmarniały. Też rozmawiam ze swoimi kwiatami. Są dla mnie jak ludzie. Co roku ustawiam na balkonach 40 skrzynek surfinii, pelargonii i petunii. Gdy byłem w szpitalu, tęskniły za mną. Oleandry, które tak kocham, bo przypominają mi Sycylię, całkiem zmizerniały.
A zwierzęta?
Nigdy nie mogłem sobie na nie pozwolić, bo za często wyjeżdżałem. Z siostrą planowałem to zmienić. Chcieliśmy wziąć kota i psa. Za pięć lat, po przejściu na emeryturę, miała zamieszkać ze mną. Była w Szwecji jednym z aktuariuszy, specjalistów od szacowania ryzyka projektów finansowych. Praca wiele dla niej znaczyła.
U was to chyba rodzinne?
Tak. Taka pozytywistyczna familia.
Rodzice byli muzykami?
Nie. Mama zajmowała się dziećmi. Ojciec był chemikiem, ale słuchaliśmy muzyki i graliśmy na instrumentach.
Pan na pianinie. Jak wyglądał debiut?
W Domu Strażaka w Białej Podlaskiej. Piękna sala z balkonem, sceną, kulisami i garderobami. Wiele bym dał, żeby teraz ją zobaczyć. Nie było mnie tam kilkadziesiąt lat. Wykonałem „Jaś mi z jarmarku przywiózł pierścionek” – jedyny utwór, jaki umiałem. Zagrałem tak ładnie i równiutko, że ludzie wołali o bis. Nie wiedziałem, co to znaczy. Popatrzyłem na ojca, który zawsze podczas moich występów stał w kulisie. Kiwnął głową, więc zagrałem jeszcze raz. Do dzisiaj bym bisował, gdyby nikt mnie stamtąd nie zabrał.
Sala nazywała się „Skala”?
Dopiero 30 lat potem, gdy zasiadłem na tronie króla Emanuela w mediolańskiej „La Scali” uświadomiłem sobie podobieństwo tych nazw. Pomyślałem, że moje życie zatoczyło koło: z bielsko-podlaskiej „Skali” do mediolańskiej „La Scali”.
Dlaczego nie został pan pianistą?
Pod koniec studiów zrezygnowałem z grania. Ukończyłem wydział teorii muzyki. Sforsowałem rękę. Ćwiczyłem za dużo. Sprawiała mi przed występami figle. Przygotowywałem kompresy, nosiłem na temblaku, chodziłem na naświetlania i masaże. Nic nie pomagało. Żartuję, że byłem najbardziej znanym pianistą w powiecie. Miałem mnóstwo koncertów. Przezywali mnie „kaczka”.
Nie tylko pana.
Prezydenta i byłego premiera też. Zdarzyła się jakaś związana z nimi przygoda?
Przez jakiś czas pisano o mnie „trzeci bliźniak.” Odpowiadałem na to dowcipem: „Kiedyś byłem pierwszym Kaczyńskim w Polsce, a teraz muszę się zadowolić trzecią pozycją”.
Zawsze czuł się pan dobrze na scenie?
Byłem nerwusem. Mówiłem ojcu, że się boję występu. Nie spałem w nocy, na kołdrze palcami ćwiczyłem niczym na klawiaturze fortepianu. Tato mi powtarzał: „Będzie dobrze. Przecież ty synku nigdy się nie pomyliłeś”. Do dziś przywołuję w pamięci te słowa. Nadal nie śpię w nocy z nerwów przed występem na estradzie lub w telewizji. Od wypadku czuję nawet większą tremę, bo jestem niepełnosprawny. Mam problemy z wejściem na scenę.
Figurki słoni nie pomagają. Przecież podobno mają przynosić szczęście?
Mam ich 2,5 tys. Część leży w pudełkach, a część w gablotkach. Wszystkie z trąbami podniesionymi do góry. Czy mi pomagają? Jeśli chodzi o chorobę, to oby tak dalej. Rehabilitacja przynosi rezultaty. Nie mogę co prawda pisać, ale za to podpisać się już tak.
Czyli nie przerwał pan pracy nad trzema rozpoczętymi książkami?
Dyktuję tekst asystentce. Zazwyczaj piszę piórem. Nie lubię na komputerze. Muszę czuć kontakt z kartką papieru. Jestem starej daty.
Dlatego też kocha pan winylowe płyty?
Dla mnie mają duszę. Słychać trzaski, ale czuć też głębię nagrania. Zbieram też tzw. pirackie egzemplarze. Tak można je nazwać. Są to wydane nielegalnie przedstawienia z Metropolitan Opera czy Covent Garden. Przed laty wytrawni melomani nagrali je na ukrytych w rękawach malutkich magnetofonach. Kupuje się je na świecie w specjalnych sklepach. Nie można porównywać nagranej w ten sposób Marii Callas śpiewającej w meksykańskiej operze, z krążkiem CD kupionym na bazarze. Pirackie płyty to perełka dla kolekcjonerów. Ani soliści, ani orkiestra nie dostali za nią honorarium, ale godzą się na to, bo wydawnictwo ma wartość historyczną.
Ile ma pan takich pirackich nagrań?
Niewiele, bo są bardzo drogie. Za „Borysa Godunowa” z Szalapinem trzeba zapłacić 12 tys. dolarów. Przedtem trzeba podpisać dokument, w którym zobowiązuje się do tego, że nikomu nie udostępni się nagrania.
A Pana najcenniejsza płyta w kolekcji?
„Tebaldi” w Metropolitan Opera. Ma około 30 lat. Kupiłem ją w Nowym Jorku.
W Polsce odbyło się kiedyś przedstawienie, które mogło być w ten sposób uwiecznione?
20 lat temu, kiedy Birgit Nilsson śpiewała w warszawskim Teatrze Wielkim „Toskę”. Epokowe wydarzenie. Byłem zdziwiony, że artystce podobała się akustyka naszej sali.
„Toska” to pana ulubiona opera. Ile razy ją pan widział?
Nawet nie wiem. Na pamięć znam każde słowo. Gdyby jakiś śpiewak zachorował, mógłbym go zastąpić w każdym momencie.
Płacze pan w operze?
Tak. Zawsze podczas arii Pinkertona z ostatniego aktu „Madama Butterfly”. To wyjątek, bo w operze uwielbiam wszystko, co jest pomiędzy ariami, gdyż te mam już osłuchane.
Mężczyzna ze łzami w teatrze. Nie wstydzi się pan tak przy ludziach?
Nie. Wzruszenie na wybitnej sztuce jest normalne. Nie tylko ja ocieram oczy rękawem smokingu.
Uważa go pan za swój znak rozpoznawczy. Ile pan ma smokingów?
Trzy, a muszek nawet nie liczyłem. Pochodzą z całego świata. Przekazałem trochę na aukcje dobroczynne. Niektóre poszły nawet za tysiąc złotych. Kupuję też fantazyjki. Ubolewam nad tym, że fraki wychodzą z mody. To bardzo ładny strój, ale nie ma gdzie w nim chodzić.
A do opery?
Już nie. Przeważają garnitury. Na świecie frak to też raczej coś wyjątkowego. Mój akurat jest w przeróbce u krawca, bo schudłem 20 kg.
Być może przyda się podczas kolejnych wystawień pańskiego autorskiego monodramu o Kiepurze. Podobno pobił wszelkie rekordy?
Dałem ponad tysiąc przedstawień na całym świecie. Dyrektor Opery Poznańskiej Sławomir Pietras zawsze powtarza: „Jeśli nie wiecie, jak powiększyć finanse opery, to zaproście Kaczyńskiego z monodramem o Kiepurze”.
Jerzy Gruza tak napisał o tym przedstawieniu: „Niespecjalnie przystojny, niespecjalnie ładny, troszkę już okrągły, nie pierwszej młodości. Nic nie robi, nic nie gra, nawet nie gestykuluje. Mówi i to wystarcza”. Nie obraził się pan?
Nie, bo to prawda. Podczas spektaklu tylko siedzę i mówię. Trwa to dwie godziny. Na sali panuje taka cisza, że słychać przelot muchy. Po zakończeniu widzowie dziwią się na głos: „O Boże, już koniec?”.
Jako aktor, reżyser i autor zapewne boi się pan przesądów teatralnych?
Tak. Gdy upadnie scenariusz – przydeptuję go. Nie wchodzę na scenę w kapeluszu albo w fioletowym ubraniu. Boje się też czarnego kota. Uczyłem tego wszystkiego studentów w Akademii Muzycznej, bo dzięki tym przesądom teatr jest teatrem, a nie biurem.
Nie tęskni pan za Romą, którą zarządzał pan przez cztery lata? Rozstanie było chyba bolesne, bo nazywał pan władze miasta hordą Hunów.
Już przestałem tak mówić. Teraz na maj chcę skończyć piękny album o Romie. Trzeba jednak przyznać, że zniszczono wspaniały teatr. Pracowałem codziennie od dziewiątej rano do drugiej w nocy, nie pytając o pieniądze. Robiłem wszystko łącznie z wywożeniem śmieci z piwnic, których nikt nie sprzątał od czasu wojny. Musiałem najpierw wyżebrać pieniądze na kontenery, żeby je wywieźć.
Teraz też pan o sobie mówi „żebrak” przy okazji festiwalu w Krynicy.
Taki jest los menagera kultury.
Najwybitniejsza gwiazda tego festiwalu?
Seta del Grande, primadonna La Scali, Oleg Kulko – tenor Metropolitan Opery i opery w Paryżu, Teresa Kubiak z Metropolitan Opera, Małgorzata Walewska, Grażyna Brodzińska i wiele innych.
Kogo ze świata opery chciałby pan jeszcze poznać?
Znam wszystkich wielkich, a inni się jeszcze nie urodzili .
Grażyna Kuryłło