MAŁGORZATA DOMAGALIK: Zaczął Pan już lekcje nauki jazdy samochodem?
BOGUSŁAW KACZYŃSKI: Tak. Lekcje trwają i uczę się na nowo jeździć. Noga nie pamięta, ręka nie pamięta. Głowa nie bardzo sobie radzi z tempem jazdy i z przestrzenią. Wydaje mi się, że uderzę w każdy samochód, który stoi albo mnie mija.
Jeździ Pan po placu czy po ulicach?
Po ulicach.
Odważnie…
Ale po godzinnej lekcji jestem cały mokry, pot kroplisty ze mnie spływa. Mimo to instruktor mnie chwali i cieszy się, że pewien etap został już przekroczony, że na przykład przekręcam chorą ręką kluczyk w stacyjce.
Tą, która jeszcze niedawna była całkowicie niesprawna?
Terapeuci mówią, że już nie ma paraliżu, że jest tylko drobny niedowład.
Jak odnaleźć w sobie siłę, która pozwala przezwyciężać to, co wydaje się nie do przezwyciężenia?
To punkt wyjścia w tym moim nieszczęściu. Jestem chorobliwym optymistą. Nawet gdy leżałem w szpitalu, nawet gdy widziałem, jak ludzie umierali, to myśl o śmierci czy kalectwie ani razu nie zogościła w mojej głowie.
Optymizm godny pozazdroszczenia…
Pani Małgosiu, brzmi to jak żart, ale kiedy pogotowie przywiozło mnie do szpitala i lekarz dyżurny pytał: imię i nazwisko, miejsce zamieszkania, zawód wykonywany, to mu przerwałem i powiedziałem: „Panie doktorze, ja dzisiaj muszę jechać do Olsztyna, mam koncert z Małgorzatą Walewską. Ludzie na mnie czekają, ponad tysiąc osób, bilety wysprzedane”. Popatrzył na mnie i powiedział: „Dzisiaj to pan na pewno nigdzie nie pojedzie”.
I wtedy się Pan poddał…
Zrozumiałem, że to nie przelewki. Mnie się wydawało, że ten paraliż nogi i ręki minie za sekundę. Niestety, to nie była zabawa. To był udar. Udało mi się ocaleć i ani na chwilę nie traciłem nadziei na życie i na to, że wyzdrowieję. Wie pani, już miałem koncert, w poprzednią niedzielę, w dużym kościele, też z Małgorzatą Walewską. Wyszedłem bez laski, bez podpierania i stanąłem przed publicznością o własnych siłach. To jest zwycięstwo.
To jest zwycięstwo.
Na wpół sparaliżowany, nie mogąc się ruszyć, nie mogąc załawić swoich potrzeb fizjologicznych, nie muszę pani mówić, jak się czułem. Korzystanie z basenu graniczylo z niemożliwością. Ja wszystkich przepraszałem i przemówienia wygłaszałem, ale po kilku dniach zorientowałem się, że nie ma za co przepraszać, bo taki jest ludzki los.
Coś o tym wiem, bo sama przez wiele miesięcy leżałam w gipsie do pasa…
Pamiętam, jak kiedyś odwiedziła mnie ulubiona ciotka i na mój widok szepnęła: „Biedna ta Małgosia”. Zareagowałam: „Dlaczego biedna, przecież ja jestem tylko w gipsie”.
Tak trzeba za wszelką cenę nie rozczulać się nad sobą. Lekarz w szpitalu powiedział mi: „Panie Bogusławie, niech pan nie zadaje sobie pytań i nie rozmyśla, dlaczego właśnie ja, dlaczego nie tamten?”.
Zwłaszcza że często nie wiadomo dlaczego…
Przypomina mi się stwierdzenie Platona: „Nie obrażaj się na bieg zdarzeń, one i tak tego nie zrozumieją”. Trzeba wyzwolić w sobie, po pierwsze chęć życia, a po drugie walczyć o to, żeby wyjść z choroby. Nawet jeśli lekarze, którzy stoją obok, spoglądają ukradkowo na siebie i sami nie bardzo wierzą, że tym razem się uda. A ja im mówię: „Będę chodził i będę władał ręką”.
Wreszcie Pan wstał…
To był moment, którego nigdy nie zapomnę. Leżąc w łóżku, marzyłem o tym, żeby chociaż na jedną minutę stanąć. I kiedy nadeszła ta chwila, postawiono mnie w takim specjalnym urządzeniu, przypinano pasami pół godziny i wreszcie podniesiono do góry. Na jedną minutę. Byłem najszczęśliwszy na świecie. Chociaż moje ciało nie wiedziało, gdzie jest góra, a gdzie dół. Wtedy spojrzałem na innych chorych, którzy siedzieli na wózkach i patrzyli na mnie z tą dobrą, pozytywną, ale jednak zazdrością, myśląc sobie: „Boże Święty, kiedy ja też stanę na tę jedną minutę”.
Charakter hartujemy przez całe życie, ale proces ten nabiera przyspieszenia, gdy niespodziewanie dostajemy cios od losu…
W moim rodzinnym domu panowała przekazywana z pokolenia na pokolenie zasada, że opowiadanie o dolegliwościach to swego rodzaju tabu. Kiedy chorowali rodzice, dziadkowie, siostra to nie mówili na ten temat ani słowa. To u nas bylo dziedziczne.
Ale taka postawa bardzo ogranicza emocjonalne relacje?
To nie jest dobre. Mam do tego krytyczny stosunek. Lepiej znać prawdę, która jest okrutna, niedobra, bo to właśnie z nią trzeba się uporać.
Nawet jeśli choroba dopada gwiazdę, o której życiu wszyscy chcieliby wiedziec wszystko…
Postanowiłem z tym skończyć i mówić prawdę. Los mnie ciężko doświadczył i nie ma powodu, żeby nie pokazać tego ludziom. Bowiem w wielu domach zdarzają się podobne nieszczęścia, z którymi trzeba się uporać.
Trzeba opowiedzieć o nich światu?
Chodziłem do chorych – i do tych na sali gimnastycznej, i do tych leżących w salach – i mówiłem: „Nie martwcie się, będziecie chodzić, tylko musicie dużo pracować, dużo ćwiczyć i jeszcze musicie w to wierzyć”.
Odzew na to, co Pana spotkało, był olbrzymi…
Dostałem z dziesięć tysięcy maili, listów. To są całe skrzynie, pisane na adres szpitala w Warszawie i te listy dochodziły do mnie. Już nie mówię o liczbie słoni mi podarowanych, świętych obrazków. Obcy ludzie zamawiali msze za mnie. Widocznie przez całe życie zapracowałem na to, że zamawiają msze.
Nie zapomnieli o emocjach i przeżyciach, jakich im Pan dostarczał, opowiadając o świecie muzyki. Ja sama nigdy bym nie przypuszczała, że na Pana monodramie o Janie Kiepurze wzruszę się, nie ma co ukrywać… do łez.
Dziękuje bardzo. Ludzie zachowali się pięknie wobec mnie. Mówiłem sobie: „Muszę wrócić do ludzi, oni na mnie czekaja”.
Mimo to miałam wątpliwości, czy uda się Panu pojechać w sierpniu na festiwal Kiepury w Krynicy.
Były dwie rzeczy bardzo trudne. Wejście na scenę po raz pierwszy po miesiącach z laską. No ale jakoś uporałem się z tym. A druga rzecz, prawie niemożliwa do realizacji, to kiedy patrzyłem na widownię, na pierwszy rząd, tam, gdzie zawsze siedziała moja siostra. Zawsze miała to samo miejsce i ja zawsze do niej mówiłem i to był ten pierwszy koncert bez niej. Chociaż ja myśli o śmierci siostry nie dopuszczam do głowy. Odłożyłem to na plan dalszy, ale kiedyś będę musiał się z tym zmierzyć. Na razie nie.
Znałam Pana siostrę…
Wiele osób podchodziło do mnie w Krynicy i co pewien czas jakaś pani mówiła: „Proszę pozdrowić siostrę, była moją profesorką w gimnazjum”. Ja wszystkim odpowiadałem: „Dziękuję, pozdrowię siostrę”. Nie powiedziałem, że nie żyje, te słowa nie mogły przejść mi przez gardło. W żaden sposób nie mogły. Może jest mi trochę łatwiej, bo nie byłem na jej pogrzebie. Byłem sparaliżowany, nie było mowy o tym. Byli moi przyjaciele z Polski, uczestniczyli w ceremonii.
Rozmawiał Pan z nimi?
Nie. Umówiliśmy się, że to ja poproszę, kiedy będzie czas na to, żeby opowiedzieli dokładnie o pogrzebie. Ale jeszcze nie nadszedł ten czas. Jeszcze to dla mnie zbyt bolesne.
Użył Pan określenia, że to, co się stało w ciągu ostatnich miesięcy, to jak antyczna tragedia…
To wszystko wydarzyło się w tym samym czasie. Pojechałem do Sztokholmu. Odwiedziłem siostrą w szpitalu, wyglądała pięknie i nic nie wskazywało na to, że jest z nią tak źle. Zgodnie z tradycją rodzinną mówiła mi nieprawdę. Ale ja odbyłem rozmowę z profesorem, który kierował leczeniem i ten powiedział mi prawdę, która równała się wyrokowi śmierci. Do tego stopnia oszalałem podczas tej rozmowy, że przestałem rozumieć, co do mnie mówi. I niech pani sobie wyobrazi, że ja teraz muszę opuścić jego gabinet i udać się do pokoju siostry.
Udawać, że wszystko będzie dobrze…
Udać, że nie wiem. Wszedłem więc do jej pokoju i ta nasza rozmowa była idiotyczna. Ja uśmiechnięty, tryskajacy kaskadami śmiechu i siostra uśmiechnięta. W tym łóżku szpitalnym, udająca przede mną, że nic jej nie jest i że to tylko tak na chwilę. To było nasze ostatnie spotkanie. I pani Małgosiu, następnego dnia wracam do Polski i o 9 rano dostaję udaru mózgu. Co robię? Zgodnie z tradycją rodzinną, żeby siostra się nie domyśliła, że źle i niewyraźnie mówię, nie dzwonię, czekam, kiedy będzie lepiej, żebym mógł do niej zadzwonić. W tym czasie siostra umiera.
Czy w tym codziennym życiu była silniejsza od Pana?
Była typem chłopczycy, już jako dziecko stawała w mojej obronie. Jestem od niej starszy o cztery lata, a zdarzało się, że chłopcy przezywali mnie i wołali za mną „kaczka”. Nagle patrzę, a siostra takiego chłopaka okłada pięściami. Strasznie się tego wstydziłem, że ona jest taka bojowa. Chodziła po drzewach, przez okna do domu wskakiwała. Taki wysportowany typ. Do końca życie była taterniczką, zdobywała szczyty.
Szwecja była jej drugim domem?
Pierwszym. Odnalazła tam swoje miejsce na świecie. Wyjechała do Szwecji 33 lata przed śmiercią. Była aktuariuszem, czyli specjalistą z dziedziny obliczania ryzyka i wartości projektów finansowych. Jako emigrantka zrobiła niesamowitą karierę zawodową w Szwecji. Pokochała ten kraj do tego stopnia, że jadła jak Szwedka, ubierała się jak Szwedka, miała odruchy jak Szwedka. Wszystko w tej jej Szwecji było piękne, wszystko chwaliła. To było jej miejsce na świecie.
Była szczęśliwa?
Była szczęśliwa. Była najmłodszą kandydatką na studia matematyczne na uniwersytecie. Nie miała skończonych 16 lat, najpierw nie chciano przyjąć jej papierów. Jednak mój ojciec prosił, błagał. Zdała najlepiej ze wszystkich egzamin wstępny. Wybitny umysł matematyczny. Poza tym była osobą dosyć frywolnie podchodzącą do życia. Jeden rok studiów dosłownie przegrała w brydża. Całymi nocami grała w karty i nie miała kiedy chodzić na zajęcia. Ale wszystko skończyło się znakomicie.
Jednym słowem ustatkowała się?
Tak. Pracy poświęciła swoje życie. Niezwykle poważnie podchodziła do tego, co robiła.
Kto was tego nauczył?
Ojciec. Wychowanie w domu, którego podstawą była absolutna solidność. Żadnego udawania, do tego stopnia, że kiedy byłem małym chłopcem i szedłem gdzieś z ojcem, i ten uchylał kapelusza, mówiąc komuś „dzień dobry” i ja robiłem to samo ze swoją czapeczką, udając tylko, ojciec zatrzymał się i powiedział: „Syneczku, taka jest zasada w życiu, albo się kłaniasz i zdejmujesz czapkę, albo nie udawaj. Nie kłaniaj się, jeżeli nie czujesz potrzeby, a jeżeli czujesz, to ukłoń się naprawdę”. Ja te słowa ojca pamiętam cały czas. Nie udawaj, na poważnie traktuj to, co masz zrobić.
Co jest takiego w muzyce, że warto jej poświęcić całe życie?
Byłem oczarowany muzyką od dziecka. Nie pamiętam, kiedy posadzono mnie przy fortepianie – ojciec marzył o karierze pianistycznej – ale wybuchła rewolucja i nie mógł już ich spełnić. Wobec tego postanowił, że jak będzie miał dzieci, to będzie je uczył muzyki. Najpierw mnie, a potem siostrę. Ta ma słuch absolutny, podobnie jak ja świetnie grała, ale w pewnym momencie zbuntowała się i powiedziała: „Nie będę grała”. I pokazała, co było zuchwałe niezwykle, na taką starszą panią, która miotłą zamiatała ulicę, i powiedziała: „Wolę zamiatać ulicę, niż grać na fortepianie”. Ojciec skapitulował, czego siostra nie mogła mu potem do końca życie darować. Mówi: „Gdyby wtedy mnie zmusił, to bym dzisiaj potrafiła zagrać Chopina”.
Zauważył Pan, że cały czas mówi o siostrze w czasie teraźniejszym….
Nie może być inaczej. Wracając do grania, to ja ćwiczyłem i ćwiczyłem. A potem rozkochałem się w tym graniu. Miałem kilka popisowych utworów, wykonywałem je pięknie i rodzina była zachwycona. Kiedy byłem naprawdę małym chłopcem, byłem najsławniejszym w powiecie wirtuozem. Wożono mnie od miasteczka do miasteczka, do radiowęzła, ja grałem i grałem. Długo byłem niski i wszyscy myśleli, że takie małe dziecko prowadzone przez ojca na estradę najpierw zacznie płakać, potem będzie chciało siusiu. A tu wchodzi mały chłopczyk, siada, patrzy na ojca i gra.
Mama, jak na to wszystko patrzyła?
Mama była zachwycona, że takie grzeczne dziecko jako przykład stawiają. Nauczyciele mówili, że Boguś to takie idealne dziecko, a Hania to urwis, z którym nie można sobie poradzić.
Do jakiego momentu rodzice byli świadkami Pana sukcesów?
Rodzice późno umarli. Długo śledzili moje poczynania i sekundowali mi. Ojciec był surowym niezwykle krytykiem. Niekiedy miałem tremę jako pianista i nie ukrywałem przed nim, że boję się występu. Ojciec mnie pocieszał: „Synku, nie bój się, śpij spokojnie, przecież ty nigdy na scenie się nie pomyliłeś. I tym razem będzie dobrze”. Nawet teraz, kiedy ojciec nie żyje, mam w głowie cały czas te słowa i je sobie powtarzam. Mam z nim stałą emocjonalną, duchową więź i często się odwołuję do niej.
Ta więź to coś najwspanialszego, co mogą nam dać i pozostawić po sobie rodzice.
Ja dzięki rodzicom, siostrze miałem prawdziwy dom, z poszanowaniem wszystkich tradycji rodzinnych. To było coś wyjątkowego.
Nie powinien Pan napisać książki o tym, jak należy się zachowywać wobec starszych, wobec tradycji, jakiego języka używać i jeszcze o tym, co to jest honor, patriotyzm, szacunek?
Teraz skoncentrowałem się na napisaniu książki o chorobie i wychodzeniu z niej. Jest wielu chorych, którzy nic o niej nie wiedzą, nie chcą nic robić, tylko leżą w łóżku i czekają na śmierć. Opuszczeni przez dzieci, przez rodzinę. Dzieci przyjechały do szpitala i mówią: „My nie zabierzemy mamy, bo mama jest niepełnosprawna i niech szpital zrobi z nią, co zechce”.
Potworne…
I mama, która wychowała te dzieci, gotowała im w domu, czekała, aż wrócą z pracy, nagle czuje się wyrzucona na śmietnik. Płacze dzień i noc. Widziałem te kobiety. Albo inny pan na wózku, który przyglądał się, kiedy miałem ćwiczenia i zawsze mi sekundował, a ja mu mówiłem: „Pan też będzie chodził, niech pan poczeka, trochę to wszystko nadejdzie”. A on na to: „Mnie nic nie czeka, był u mnie syn i mówi: »Nie zabierzemy cię do domu, ewentualnie wtedy, jak będziesz chodził«, a przecież ja nigdy nie będę chodził”.
Gdy jesteśmy młodzi, wydaje się nam, że możemy być królami życia. Czy Pan też miał takie zawroty głowy?
Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem popularny, oklaskiwany. Tylko że mnie ratowało przed tą pustką, o jakiej pani mówi i którą widzę u wielu moich kolegów, to, że ciężko pracowałem na tę moją karierę. Ta muzyka, która jest moim szczęściem wielkim, to jest wieczne studiowanie, wieczne siedzenie w partyturach. Słuchanie. Te wszystkie płyty, które stoją u mnie na półkach, to to jest moje śniadanie, moje obiad, kolacja. W Ameryce, w Europie zamiast obiadu kupiłem sobie płytę, zamiast jechać tramwajem do Opery Wiedeńskiej, szedłem piechotą 40 minut i tyle samo z powrotem. I znowu kupiłem sobie płytę. To były wyrzeczenia…
Słucham często Marii Callas, wielkiej diwy, której niedobra miłość zniszczyła życie.
Ale musi ją pani zrozumieć. Znałem osobiście Marię Callas, ona chciała być także kobietą i to ją zgubiło. Wybrała Onasisa, którego kochała aż do śmierci. Nie mogła przeboleć tego, że ją opuścił, porzucił. Następna Callas pojawi się za 300-400 lat. Taki głos pojawia się raz na kilka stuleci, albo taki Pavarotti…
Jak to było z Janem Kiepurą, czy naprawdę był gwiazdą światowego formatu?
Wielką gwiazdą, bo był pomysłodawcą swojej bajecznej kariery. Był pierwszym śpiewakiem operowym, który będąc u szczytu sławy, postanowił wyjść na place i śpiewać ludziom popularne piosenki. Występować w filmach. Komponowano dla niego szalenie modne piosenki. Po wyjściu z gmachu opery ludzie brali go na ręcę, stawiali na samochód i on im śpiewał popularne piosenki. Stał się tym samym idolem muzyki rozrywkowej.
Robił to, co potem Pavarotti, śpiewając z Bono…
Wzorowali się na Kiepurze, Pavarotti to podkreślał, mówił mi o tym kilkakrotnie. Zapytałem także kiedyś Placido Domingo, co byłoby, gdyby Kiepura był teraz młody? A on powiedział: „To świetne pytanie, albo byłoby nas czterech, albo jeden z nas musiałby ustąpić miejsca Kiepurze”.
Kiedy Kiepura umierał, był gwiazdą czy już legendą?
Legendą.
Pamiętam, jak kiedyś w moim programie powiedział Pan, że co roku bierze kalendarz i wykreśla z niego nie tych, którzy odeszli, tylko tych, którzy się nie sprawdzili.
Tak.
Nadal są tacy, którzy się nie sprawdzają?
Są. Cały czas są. Po tym okresie choroby mam szczególne przemyślenia i remanenty do zrobienia i kalendarz zostanie przeczyszczony dokumentnie.
Bo znowu można zarobić…
Zadzwonić do mnie pół roku później i się dziwić, że choruję, to przyzna pani… Ale nie mam ochoty już tym się martwić.
Pana historia to swego rodzaju memento dla tych, którzy się nieustannie spieszą.
Zatrzymać się, pomyśleć chwilę, zastanowić się, po co to wszystko.
No właśnie, po co to?
Trzeba zrewidować, co się w życiu robi. Kariera też oczywiście, ale jeszcze jest życie oprócz tego. Są jesień i złote liście. Są wiosna, jabłonie kwitną i bzy. Ja wybierałem się całe życie zobaczyć sady kwitnące koło Nałęczowa i nie miałem kiedy tam pojechać. Jest Łowicz, jest Nieborów.
I wiele innych miejsc…
Nie miałem tam kiedy pojechać, bo były rzeczy ważniejsze. Były imieniny, urodziny, rocznice śluby. Nie zadzwoniłem nawet, bo nie wiedziałem, że są. Nie ze złej woli. Więc trzeba na tym zakręcie życia, i to solidnym zakręcie, z którego na szczęście się nie wypadło, a mogło się wypaść, przyhamować i drugi zakręt brać już łagodnie.
Daje Pan na to słowo?
„Znaj proporcjum, mocium panie” – słowa znakomite. Na życie prywatne trzeba poświęcić tyle czasu, ile ono wymaga. Zawód nie jest najważniejszy.
Chociaż nasza wspólna znajoma Nina Andrycz twierdzi, że zawód to jest jedyna kochanka, która nigdy nie zdradzi.
Tak, przekonywała mnie: „Nie zdradzaj sztuki, bo sztuka jest zazdrosna. Wszystko jedno z kim zdradzisz, z przyjacielem, z dzieckiem, z żoną, z inną pasją, ona się zemści w najmniej oczekiwanym miejscu”. Ja słuchałem tych słów, ale nie bardzo rozumiałem. Bo praca była dla mnie wszystkim. Byłem pracoholikiem i byłem z tego dumny.
Wcale Pana to nie męczyło…
Nie, powiedzenie, które sobie często powtarzam, jest takie: „Jeżeli będziesz w życiu wykonywał pracę, którą kochasz, nie będziesz nigdy pracował”. Ani jeden raz więc nie narzekałem, że jestem tą pracą wykończony. Uważałem, że po to żyję, aby pracować. I niech ktoś nie myśli, że liczyłem pieniądze w wolnych chwilach. Nie miałem kiedy ich wydawać. Dlatego często na sylwestrach powtarzam życzenia, które składają sobie Hiszpanie: zdrowia, szczęścia i pieniędzy oraz czasu na ich wydawanie. Ja nie miałem czasu na ich wydawanie. Nie cieszyły mnie, to były cyfry na papierze. Ślepa uliczka.
Jeden z filozofów powiedział, że nasze życie byłoby nie do zniesienia, gdybyśmy znali jego finał i czas, w którym ten nastąpi? Czy gdyby wiedział Pan, że któregoś dnia stanie się to, co się stało, żyłby Pan inaczej?
Zatrzymałbym się. W ostatnim wywiadzie, jakiego udzieliłem przed chorobą, powiedziałem, że czuję się znużony tempem życia, pracą zawodową i że muszę zastopować. Nie wiedziałem, że to są słowa prorocze, ale teraz już nie będzie tego, co było.
Powiedział Pan, że nie boi się śmierci, ale czy tak może głośno powiedzieć tylko ktoś, kto jest odważny?
Nie boję się śmierci, wie pani dlaczego? Bo tą śmiercią nie sprawię już bólu swoim bliskim. Moi rodzice, siostra, oni by tego kiedys nie przeżyli. Kiedy latałem samolotami bez opamiętania, trzy razy w miesiącu do Nowego Jorku, to zawsze póki oni żyli, robiłem to z wielkim niepokojem. Co będzie, jak spadnie samolot? Oni tego nie przeżyją, ja im nie mogę tego zrobic. A teraz, pani Małgosiu, jak wydobrzeję zupełnie, polecę do Ameryki samolotem, to już mogę spadać.
Bardzo lubi Pan film Ingmara Bergmana „Jesienna sonata”
Boleję nad tym, że wielu ludzi, tak zwanych cywilnych, czyli nie mających kontaktu ze sztuką, nie rozumie tego filmu. Ukochana scena, w której Ingrid Bergman rozmawia z Liv Ullmann, czyli scena rozmowy matki z córką, gdy ta mówi: „Nie przyjechałaś, kiedy siostra miałam wypadek i leżała sparaliżowana”, a matka odpowiada zdziwiona: „Jak mogłam przyjechać? Przecież nagrywałam wtedy wszystkie sonaty Beethovena”. Boję się, że tego nie rozumieją żyjący normalnym życiem ludzie. A przecież granie wszystkich sonat Beethovena jest wielką rzeczą tak jak całe życie.
Dlaczego warto żyć?
Powiedział św. Augustyn: „Kto śpiewa, dwa razy się modli”. Ja myślę, że się wymodliłem za to całe życie pełne grzechów ludzkich i że będzie mi to przebaczone. Bo jeśli tak bardzo kocha się muzykę, chce się ją pokazać innemu człowiekowi, żeby jej posłuchał, poznał, żeby piękniej żyło mu się na tym świecie, to zostanie to docenione przez opatrzność.