Wywiady

MOJE WYST ĘPY




- Jest zimowy niedzielny wieczór, gala w Sali Kongresowej z udziałem Grażyny Brodzińskiej, którą prowadzi Bogusław Kaczyński, po raz pierwszy pojawiając się na scenie w Warszawie od czasów choroby. Publiczność wstaje gotując Panu dziesięciominutową owację...


- A ja jestem potwornie zdenerwowany i szczęśliwy zarazem. Wzruszony, łzy napływają mi do oczu nie tylko z powodu tak wspaniałego przyjęcia przez publiczność, ale i dlatego, że Sala Kongresowa przez dziesięciolecia była dla mnie drugim domem, gdzie prowadziłem wielkie gale. Z Grażyną Brodzińską pracujemy już wiele lat, zjeździliśmy razem cały świat. To wszystko zobowiązywało. Nie dziwi się więc chyba pani, że miałem tremę, ale wszystko poszło dobrze


- Nadzwyczaj dobrze, a i Pan jest w coraz lepszej formie


- Dojście do obecnego stanu wymagało mozolnej pracy. Choroba zmieniła całkowicie moje życie. Musiałem poddać się rygorom leczenia, rehabilitacji. A to nie było takie łatwe. I pomyśleć, że to nieszczęście stało się w ciągu ułamka sekundy, w tym fotelu, w którym teraz siedzę. Żadnych wcześniejszych symptomów, żadnych bóli, nic. Zupełnie nic. I nagle udar mózgu. Często pacjenci, obok paraliżu, tracą pamięć. Na szczęście ominęło mnie to. Chyba cud. Byłem na granicy życia i śmierci. Wygrałem i przewartościowałem nieco hierarchię wartości. W moim życiu coraz więcej miejsca poświęcam innym


- Tym bardziej, że ludzie nie opuścili Pana w tych trudnych chwilach...



- To było coś nadzwyczajnego: dziesięć tysięcy maili, życzeń, kilkadziesiąt mszy na całym świecie w intencji mojego powrotu do zdrowia... Wszystkim z całego serca dziękuję. Nie mogę odpisać na listy, bo ręka dopiero wraca do sprawności. Ale do pracy wracać trzeba. 


- Pan przecież zawsze był pracoholikiem: wychodził z domu o świcie a wracał nocą. Może trzeba teraz trochę przemodelować ten tryb życia?


- Zapewne tak, choć praca nadal będzie w nim odgrywać największą rolę.


- Podczas jednej z naszych rozmów przed laty powiedział mi Pan, że tak naprawdę czuje się artystą i to bez względu na to, czym aktualnie się zajmuje.


- To prawda. Mogą się zmieniać formy wyrazu, ale artystą trzeba być w środku. Tego nie można się nauczyć, z tym się przychodzi na świat. Bo artyzm to nie tylko talent, ale i odpowiednio skonstruowany system nerwowy. Wszystko to podlega odpowiedniemu oszlifowaniu, co czynią nasi mistrzowie, jeśli mamy szczęście na takowych w życiu trafić. To oni znajdują ów złoty kluczyk do osobowości swych uczniów.


- Jakich mistrzów miał mały Boguś w Białej Podlaskiej?


- W przypadku Białej Podlaskiej nie można mówić o mistrzach, bo w tamtych czasach była to odcięta od Warszawy mała mieścina na wschodnich rubieżach Polski. Tam nie było wówczas żadnego zawodowego muzyka. Byli amatorzy przyuczeni do zawodu, którzy uczyli dzieci. Ale przecież powinienem zacząć od rodzinnego domu, od ojca. To on wywarł decydujący wpływ na to, kim jestem. On uczył mnie miłości do muzyki i kiedy tylko było to możliwe wywoził mnie do warszawskich lub wrocławskich teatrów.


- Jako dziecko miał Pan artystyczne ideały?


- Mój Boże, ja wśród nich wyrastałem: Paderewski, Chopin, Ada Sari, Kiepura – ojciec nauczył nas miłości i szacunku do ich wielkości, a nie zazdrości o wielkość. Wielkie autorytety wielbię do dziś i padam przed nimi na kolana.
Kiedy pewna śpiewaczka przyjechała do chorego Rossiniego i przyniosła mu rękopis „Don Giovanniego” Mozarta, on doczołgał się do tego rękopisu, ukląkł i ucałował go. Bo taka jest prawda: jeśli chce się być artystą, to przede wszystkim trzeba umieć zachwycać się sztuką. Trzeba być szaleńcem na punkcie sztuki.


- Pan ją pokochał od najmłodszych lat?


- Od momentu kiedy jako mały chłopczyk w aksamitnym ubranku koncertowałem i uchodziłem za cudowne dziecko. Jestem pierwszym chłopcem, który urodził się w Białej Podlaskiej i skończył studia w Akademii Muzycznej.


- Otwierała się przed Panem kariera pianisty, dlaczego zaprzestał Pan grania?


- Długo mógłbym opowiadać o kolejnych przypadkach, które na to się złożyły. Byłem uczony przez miejscowych profesorów. Na pierwszym przesłuchaniu w Warszawie usłyszałem: „Młodzieńcze, ty nie grasz na fortepianie, ale fruwasz”. Poczułem się zdegustowany, ale profesor podjął się mojej dalszej edukacji. Paluszek po paluszku, nutka po nutce – uczyłem się do matury i jednocześnie jeździłem na lekcje do stolicy. Przygotowując się do dyplomu w średniej szkole muzycznej sforsowałem rękę i zaczęło się: gipsy, temblaki... Profesor Śledziński podpowiadał studia teoretyczne. Zrezygnowałem z kariery pianisty uznając, że świat jest wielki, piękny, że mogę zrobić wiele wspaniałych rzeczy, a osiem godzin ćwiczeń na fortepianie – to mnie trochę przerażało. A jeszcze w tym czasie poznałem Adę Sari, jedną z najwspanialszych dam jakie kiedykolwiek spotkałem. Oszalałem. Wspaniała dziewiętnastowieczna gwiazda w cudownym mieszkaniu – muzeum, gdzie wisiały jej portrety w rolach. A ona, wytworna, w woalce. Ja, wiotki, wysoki dziewiętnastolatek - oczarowała mnie, polubiła, nieraz towarzyszyłem jej podczas premier. Pod jej wpływem postanowiłem zdać egzamin na teorię muzyki do AM. Jak pani sądzi, jaki miałem temat pracy seminaryjnej?


- Zapewne o Adzie Sari...


- Oczywiście. Była moją muzą, bo wprowadziła mnie w świat sztuki. Te niekończące się z nią rozmowy o wielkim świecie: Toscanini, La Scala, Grande Opera. I jej słowa, które stały się dla mnie drogowskazem: „Pamiętaj, sztuka jest zazdrosna i bezwzględna do tego stopnia, że za każdą zdradę zemści się. Bez względu na to czy zdradzisz ją z żoną, kochanką czy przyjaciółką”.


- Dość szybko było Panu dane poznać ten wielki świat


- Tak. Byłem wszędzie gdzie chciałem być, poznałem wszystkich, których chciałem poznać. I to dowodzi, co zawsze podkreślam podczas spotkań z młodymi ludźmi, że nie ważne jest gdzie się kto urodzi, ważne są nasze pragnienia, marzenia i rosnące skrzydła. Trzeba chcieć za wszelką cenę dojść do celu. Zawsze wiedziałem czego chcę, byłem uparty i realizowałem założony plan. Krok po kroku. I tak było podczas mojego dyrektorowania Festiwalowi w Łańcucie, w Krynicy, Teatrowi Roma i podczas prorektorowania w Akademii Muzycznej. Nigdy nie ukrywałem, że jestem artystycznym egoistą. Ale to jest niezbędne, by uprawiać sztukę. Artyści są trudnymi mężami, narzeczonymi, bo są indywidualistami.
- Dlatego wybrał Pan samotność?
- Bo uważam, że wszelkie związki przeszkadzają w uprawianiu sztuki. Tego uczyli mnie wszyscy wielcy. Ada Sari podkreślała, że sztuce trzeba podporządkować całe swoje życie. Wtedy nie rozumiałem co to znaczy. Dziś wydaje mi się, że miała rację. Podobne słowa słyszałem po latach od Niny Andrycz, Miry Zimińskiej, Beaty Artemskiej.


- Jako młody człowiek dość szybko wszedł Pan w wielki świat. To musiało być szokujące dla chłopca pochodzącego z małej mieściny w przaśnym wówczas kraju?


- Początkowo udzielałem lekcji fortepianu - żeby zarobić na zagraniczne wyjazdy. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Marią Callas, w Turynie, podczas wielkiej gali. Wydawało mi się, że byłem ubrany bardzo elegancko: garnitur z MHD, buty z Radoskóru...Boże jak ja musiałem wyglądać na tle tych wspaniałych gości w kreacjach od największych projektantów. Ale cóż, ja tego nie dostrzegałem, byłem młody, życie było przede mną i miałem świetne samopoczucie. Wtedy poznałem też Onassisa, Jacqueline Kennedy, Liz Taylor, Richarda Burtona i wielu innych wspaniałych artystów. To był dla mnie wielki szok. I muszę przyznać, że swoje życie podzieliłem na dwie ery: do poznania Callas – era szaro – demokratycznych czasów skromnego studenta w PRL-u. I po poznaniu tej wielkiej śpiewaczki, kiedy świat stanął przede mną otworem. Wtedy też zrozumiałem zasady nim rządzące. On przede wszystkim nie zna i nie lubi słowa bieda. Dlaczego? Bo bieda śmierdzi. Widziałem to wielokrotnie, stąd z wielką rezerwą podchodzę do szczerości intencji wszelkich akcji charytatywnych w wydaniu milionerów. To są też gorzkie refleksje z wielkiego świata.


- Pan też wszedł w ten krąg ludzi pięknych i bogatych?


- Tak, zawodowo. Zaczęto mnie zapraszać do różnych metropolii: Nowego Jorku, Monte Carlo, Wiednia, gdzie prowadziłem gale. Kiedy zakwaterowywano mnie w hotelu tak kosztownym, że za cenę jednej doby mógłbym spędzić dwutygodniowe wczasy w innym miejscu – czułem się speszony. Później zrozumiałem, że zasada: jak cię widzą tak cię piszą jest absolutnie tam obowiązująca. Mam z tamtych czasów niezwykłe wspomnienia, bo przecież prowadziłem koncerty największych: Domingo, Pavarottiego Carerasa, Barysznikowa – czarujący panowie, ze wszystkimi byłem zaprzyjaźniony. Oni od współpracownika oczekują jednego: profesjonalizmu. Niczego poza tym. Mnie też mistrzowie nauczyli, że profesjonalizm w sztuce jest najważniejszy. A miłość do sztuki dodatkowo wymaga pokory.


- Pan kocha nie tylko muzykę, ale i starą porcelanę, kwiaty...


- Żywe i sztuczne. Większość z tych, które pani widzi to jedwabne cuda. Często przywożę je zza granicy, ale są piekielnie drogie.


- Najpiękniejszy sztuczny kwiat jaki Pan otrzymał?


- To ta róża stojąca przed panią, dostałem ją na scenie od Marii Nowotarskiej. Kiedy ją otrzymywałem pomyślałem: piękny kwiat, szkoda, że nie sztuczny....


- Jest Pan rozpieszczany przez gwiazdy prezentami?


- Przyznam się, że tak. Dostawałem przeróżne upominki, ale kiedy zwiedziano się, że kolekcjonuję słonie, to od tej pory one stanowią ulubione prezenty moich przyjaciół. Pierwszego słonia kupiła mi Brgit Nilson, królowa Wagnerowskiego śpiewania. Byliśmy na spacerze w Wiesbaden. Zatrzymała się przed wystawą po czym weszła do sklepu i kupiła słonia. Wręczyła mi go. To był początek kolekcji, która dziś liczy ponad dwa i pół tysiąca sztuk! Na każdym festiwalu w Krynicy dostaję też słonie od widzów, nie mówiąc już o pobycie w szpitalu – samochodami wywożono do mojego domu te figurki. Jednego z bardziej niezwykłych słoni dostałem od Toli Mankiewiczówny – wielkiej gwiazdy przedwojennego kina i opery. Słonik jest wielkości ziarnka maku, wykonany ze srebra. Trzeba go oglądać pod lupą.


- A największy?


- Jest z hebanu, wykonany przez rzeźbiarza w Kenii. Trzymałem go przez całą podróż na kolanch, a na granicy przeszukano go dokumentnie sprawdzając, czy nie jest nafaszerowany narkotykami.
- A gdzie są te wszystkie zwierzaki – tutaj widzę jedynie znikomą ich część?
- W apartamencie w Konstancinie – mają specjalnie gabloty. Tam też jest większość kolekcji kwiatów. Tutaj, w Wilanowie, mam tylko namiastkę swoich zbiorów.


- Przed nami Sylwester, karnawał powspominajmy Pańskie najpiękniejsze bale


- Było ich wiele, w kraju i zagranicą: W Monte Carlo, w Wiedniu, w Nowym Jorku, w Bukareszcie. Szczególnie piękne Sylwestry są w Monte Carlo, moim ukochanym mieście, które udekorowane jest jak jedna wielka choinka. Tyle, że żywej choinki tam... nie ma. Przed Operą są piękne palmy udekorowane bombkami i światełkami. Jest tak ciepło, że idąc na bal do Opery i kasyna nie potrzebny był płaszcz. Miałem welurową marynarkę i biały szal. Tym razem moja marynarka prezentowała się doskonale. Doskonale też pamiętam Bal Elegancji w hotelu Marriot. Towarzyszyłem generałowej Andersowej i Ninie Andrycz, która tego wieczoru została wybrana najbardziej elegancką kobietą wieczoru. Miała na sobie długą suknię z czarnego weluru i futro sobolowe. Olśniewające.


- Czy Panu zdarzały się ekstrawaganckie stroje na tego typu balach, czy też zawsze był Pan wierny klasycznemu wyglądowi?


- Klasyka: smoking, frak, welur. No i muszka. I wszyscy mnie z tą muszką kojarzą. Do tego stopnia, że gdy kiedyś szedłem przez sopockie molo ubrany w białe spodnie, biały podkoszulek i szmaragdowe buty, dwie panie widząc mnie krzyknęły: „Panie Bogusławie, a gdzie muszka, gdzie lakierki?” Po jednym z bali w Monte Carlo miałem też pewną przygodę. Jak wiadomo tam przypada największa ilość samochodów marki rolls royce na metr kwadratowy. Po każdego gościa wychodzącego z balu przyjeżdżała jakaś wytworna limuzyna. Odjeżdżali, jeden za drugim. Aż wreszcie zostałem sam. Nikomu bowiem do głowy nie przyszło, że po mnie rolls royce nie przyjedzie. Wróciłem na piechotę do hotelu. Oczywiście nie przyznałem się, że nie stać mnie było nawet na taksówkę. Takich rzeczy tam się nie mówi. Ale co ważne – nie poczułem się upokorzony. Na szczęście nigdy nie miałem kompleksów. Zawsze, nawet jako skromny student, nawet w kolejce po kartkowe mięso, zawsze czułem się Europejczykiem.


- Z jednej strony kartki na wołowe z kością, z drugiej Onassis, Callas, Pavarotti – trzeba przyznać, że miał Pan w życiu spory rozrzut estetyczno - emocjonalny?



- Na brak urozmaicenia nie mogę narzekać. Nawet wielkich skandali byłem świadkiem. Jak choćby podczas konferencji prasowej, poświęconej premierze „Nieszporów sycylijskich” Verdiego wyreżyserowanych przez Callas w Turynie, w Teatrze Królewskim. Dziennikarze bardzo krytycznie ocenili jej pracę. „Dlaczego pani zajęła się reżyserią nie mając o niej pojęcia” – krzyczeli. Callas wpadła w szał, w istne furiozo, porwała złoty łańcuch od swojej torebki wrzeszcząc: „To wy zrobiliście ze mnie wielką Callas, więc czego teraz chcecie”. Po czym przerwano konferencję, a ona, jak ranne zwierzę, krzyczała na dziennikarzy: „Basta, basta…”. Kiedy doszła do kryształowych drzwi wyjściowych spotkała się ze zgromadzonym na zewnątrz tłumem z transparentami w rękach: „Viva Maria”. To było zderzenie największych emocji jakie spotkałem w karierze tej artystki.


- A Pan zrobił karierę?


- Kilkadziesiąt lat temu, w Paryżu, odwiedziłem grób Edith Piaf. Były tam postawione tabliczki marmurowe informujące o modlitwach jej wielbicieli. Pomyślałem wtedy, że to jest coś niezwykłego taka ludzka pamięć. Do głowy mi nie przyszło, że kiedyś, za życia, sam doświadczę takich wzruszeń. Że w kilkudziesięciu miejscach na świecie ludzie będą się modlić za moje zdrowie. I te ludzkie gesty świadczą o tym, że warto było tak pracować. To jest moja kariera. To jest mój największy sukces. Dlatego pracuję nadal. W Teatrze Narodowym poprowadzę galę sylwestrową, a w Nowy Rok zapraszam Państwa przed telewizory: w południe poprowadzę transmitowany z Wiednia Koncert Noworoczny. Jak co roku, od kilkudziesięciu lat. A Czytelnikom „Dziennika Polskiego” życzę wiele szczęścia. I mam nadzieję, że jeszcze spotkamy się w Krakowie. Może na wspaniałym Sylwestrze na pięknym Rynku Głównym?


Rozmawiała: Jolanta Ciosek 





system cms CMS-LeoN ®    Copyrights © 2007 by Adicom - Strony Internetowe.