Wywiady

Wywiad Gazeta Wyborcza





Z Bogusławem Kaczyńskim rozmawia Dariusz Zaborek



„Zakochany jest nie w operze, a w sobie”. Tak pisali.


Nieprawda, nigdy nie byłem w sobie zakochany.


Serio?


Naprawdę. Ale bez przerwy mi to
wmawiali przez zawiść. Tak we mnie strzelali, bo chodziłem w uprasowanych
spodniach, w śnieżnobiałej koszuli, dobrze ostrzyżony. Więc kocha siebie, bo
się dobrze ostrzygł. A ja od dziecka chodziłem do fryzjera.


A kto panu prasował?


Mama, a jeszcze
częściej niania.


Czy pana wygląd smokingowy był buntem przeciwko szarości
PRL?


Nie, tak mnie ukształtowali rodzice i babka. Że trzeba mieć
maniery. Że człowiek cywilizowany nosi garnitur, koszulę, krawat. Że chodzi do
łazienki, myje zęby, ma czyste paznokcie.


W PRL-u wypisywali o mnie rzeczy nawet dzisiaj wstydliwe.
Dla tych, którzy pisali, nie dla mnie.


Co takiego?


Przypomnę tytuły: „Fanaberie Kaczyńskiego”, „Robotnicy we
frakach” i to poważni publicyści w poważnych gazetach. To była ich reakcja, że
na festiwalu w Łańcucie wprowadziłem stroje wizytowe. Bowiem na bilecie i
afiszach umieściłem taki nadruk - propozycję dla publiczności. Bo jeśli w zamku
zbudowanym przez księżnę Lubomirską występowali wielcy artyści ubrani w długie
suknie, we fraki, ja w marynarce pluszowej z czarną muszką, były transmisje
telewizyjne, to dlaczego na sali miały siedzieć rozczochrane osoby z główką
kapusty w siatce?


Znany dziennikarz - przepadło gdzieś jego nazwisko i on też
- pisał: „Ja bym nie mógł pójść na koncert do Łańcuta, bo nie mam garnituru”. I
z jego strony to był powód do dumy.


A nie ironia?


Nie, on nie miał garnituru, bo pewnie nie wiedział, że jest
taka część garderoby.


Pisali, że za szybko mówię, bo wtedy czytano z kartki, a ja
całe życie mówiłem z głowy. W telewizji kartka i prompter dla mnie nie
istniały. Miałem sprawność mówienia i przez lata nie mogli mi tego darować.


Albo inny zarzut, że jeśli zapraszam
artystkę, to nie daję jej dojść do głosu, tylko sam mówię.


Nieraz też miałem takie wrażenie.


Ale nie było powszechnie wiadomo, że często moim gościem
była wybitna artystka, która prywatnie okazywała się kompletną niemową. I na
widok kamery telewizyjnej traciła głos. Jeśli siedziała i milczała, to za nią
mówiłem na temat. Na żywo haftowałem i przeżywałem chwile straszne.


„Dawno temu Beata Artemska pocieszając mnie po prasowej
napaści powiedziała: ”Miarą twoich sukcesów będzie liczba twoich wrogów”. Jeśli
teoria królowej naszej operetki jest prawdziwa, to mogę stwierdzić, że moja
kariera jest ogromna” - mówił pan przed laty.


Nie rozumiałem jej słów w chłopięcej naiwności. Po kilku
latach zrozumiałem ich sens - są prawdziwe.


Dlaczego miał pan wrogów?


Bo byłem inny, niż wszyscy i przez życie szedłem jak
błyskawica. W jednym kierunku, do przodu, w ogromnym tempie pokonywałem
trudności.


Po trupach?


Nie, ale niektórzy patrzyli i nie mogli tego przeżyć. Zawiść
ludzka nie zna granic.


Co pana przeciwników mogło irytować?


Mój ubiór: muszka w grochy. Mój sposób wysławiania się. Moja
fascynacja osobistościami. Na tle przaśności i szarości PRL-u byłem nietypowy.
Moi wrogowie nie mogli pojąć, że człowiek apolityczny i nie mający wysoko
postawionych rodziców, robi karierę.


Po latach, gdy przestali mnie krytykować - stałem się
wzorem. Ja otwierałem teleexpress. Ja otwierałem program drugi telewizji. Ja
dostałem pierwszego Wiktora.


Moja droga artystyczna była trudna. Jestem unikatem, bo w
życiu nie należałem do żadnej partii, ani związku zawodowego. Nawet nie należę
do stowarzyszenia dziennikarzy, ani do literatów, a napisałem 12 książek.


Nie jest to bliskie pana naturze?


Nie lubię takich zbiorowisk. Wszystko zrobiłem bez
protekcji.


Wie pan, kiedy byłem prorektorem do spraw artystycznych
Akademii Muzycznej w Warszawie, co pewien czas zjawiał się ktoś z prośbą o
przyjęcie syna czy córki. Gorzej nie mógł trafić. Bo ja urodziłem się w Białej
Podlaskiej w rodzinie, która nie miała możliwości zmajstrować coś przy
karierze. Wysiadłem w Warszawie z walizeczką i nie miałem dokąd pójść. I całe
życie przestrzegam: żadnej protekcji. Bo jeśli zaproteguję osobę z Warszawy, to
ta z Białej Podlaskiej będzie bez szans.


Świat teraz jest mały, ale kiedyś przyjechać z Białej
Podlaskiej do opery w Warszawie i wrócić do Białej, to była wyprawa życia. A
rodzice byli na tyle światli, że wozili mnie z siostrą i gdy miałem 10 lat
obejrzałem pierwsze w życiu przedstawienie: „Halkę” Moniuszki i pamiętam ją do
dziś. Miłość do opery przejąłem po ojcu.


„Siedziałem na stołku równiutko i grałem. Ojciec stał z
tyłu i wszystko kontrolował.” Jeśli do tego dodamy, że pana dzieciństwo
upływało przed i w czasie śmierci Stalina, to można zrozumieć skąd u pana chęć
ucieczki do świata wolności?


Wie pan, ja nie wzrastałem w oparach Stalina, tylko
okupacji. Mój ojciec, żołnierz Armii Krajowej, po wojnie się ukrywał. Bo gdy
ubecy aresztowali jego kolegę z AK, to ojciec uciekał na wieś. Bał się, że
aresztowanego mogą torturować i go wsypie. I co któregoś zamknęli, to ojciec
uciekał, zjawiał się w domu i znów uciekał, i tak przez wiele lat.


Pokażę panu krzyż, jeszcze nikomu go nie pokazywałem, tylko
przyniosę z gabinetu. Na ten krzyż w czasie okupacji masę osób w naszym domu
składało przysięgę, gdy przyjmowali kogoś do AK, bo u nas był punkt kontaktowy.
Ojciec rozmawiał o tym ze mną i z siostrą, kiedy byliśmy starsi i był pewny, że
nikomu nie powtórzymy. Wspominał też rewolucję październikową na terenie Rosji,
makabryczne historie widziane oczami 10-latka. Majątek rodzinny poszedł z
dymem, dziadek nie przeżył, a babka z dziećmi w ramach repatriacji przyjechała
do Białej Podlaskiej zza Kijowa.


Mój ojciec przed wojną, jako chemik, pracował w fabryce
samolotów w Białej Podlaskiej, którą w czasie wojny zbombardowano. Po wojnie
pracował gdzie mógł, bo za udział w AK chciał odwrócić od siebie uwagę, gdzieś
się po cichu przytulić, nie być, nie istnieć.


Po tym ukrywaniu miał taki uraz, że po
wojnie się nie ujawnił. Kiedy powstał Zbowid i nawoływano, mówiłem: „Zapisz
się”. A on: „Nie” i powtarzał: „Nigdy nie ufaj komunistom”.


Jaki to miało na pana wpływ?


Z siostrą wychowywaliśmy się w ogromnej dyscyplinie i
skromności. Nasza babka, wielka dama, protestowała, gdy opalaliśmy się w
ogrodzie: „Opalenizna przystoi dziewczynie z czworaków”. Wychodziła do ogrodu z
parasolką, w ażurowych rękawiczkach i zajęczą łapką pudrowała twarz pudrem
ryżowym. Kawałki ryżu odpadały jej od nosa. Wyglądała jak zjawa.(śmiech) Boże,
jak my wstydziliśmy się kolegów.


Wychowano nas, żeby zakrywać ciało. Wyjście z łazienki w
majtkach było niemożliwością. Wszystko było zamknięte w pancerzu. To powoduje w
człowieku skurcz na całe życie. Do tej pory mam kompleksy, że nawet u lekarza
krępuję się rozebrać. Mało miałem swobody. Od najmłodszych lat wszystko
musieliśmy robić bez dyskusji.


Ojciec był despotą?


Nie, miał silną osobowość, prawdziwy macho. Bo jak mamie
dokazywaliśmy, to można było dostać ścierką, a gdy nie pomagało, mówiła:
„Przyjdzie tatuś i zrobi porządek”. Ale nigdy nie dostaliśmy lania.


Co było zamiast lania?


Spojrzenie ojca. Gdy mnie posadził przy fortepianie i kazał
grać, nie było mowy, żebym odmówił. Moje dzieciństwo to była praca, praca,
praca. Siedziałem na stołku i grałem bez ustanku. Pamiętam, w szóstej klasie
podstawówki koledzy jechali na biwak i ja chciałem. Prosiłem ojca, a on:
„Wykluczone. Nie umiesz sonaty Beethovena. Siedź i ćwicz”. I dodał swoje sławne
powiedzenie: „Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj”. Przez okno widziałem, jak
chłopcy odjeżdżali rowerami. A ja grałem Beethovena i łzy mi kapały po
policzkach.


I niech pan sobie wyobrazi, że ojciec, po 40 latach, tutaj u
mnie w mieszkaniu, przed samą śmiercią mi powiedział: „Wiesz, jak sobie
przypomnę, że nie pozwoliłem ci jechać na biwak, a ty płakałeś, to mi się serce
kraje”. Oniemiałem. Bo gdzie mi już ten biwak...


Gdy w 1953 roku umarł Stalin - ku czci grał pan „Marsza
żałobnego” Chopina?


W szkole klasy ustawili parami, powiedzieli: „Stalin nie
żyje”, stworzyli atmosferę. Dzieci nie wiedziały, kto to ten Stalin, ale
płakały, że umarł.(śmiech) Mnie posadzili przy fortepianie i byłem przejęty, bo
miałem 12 lat i zagrać „Marsza żałobnego” Chopina, to było coś. Żadna akademia
majowa czy październikowa nie odbyła się bez mojego udziału. Po powiecie wozili
mnie jako sławnego pianistę.(śmiech)


W klasie maturalnej przyjechałem do Warszawy do prof. Pawła
Lewieckiego, który oznajmił, że niewiele umiem i muszę uczyć się grać od
początku. Ta ekspertyza była ciosem dla mojego ojca.


Wyjazd z Białej Podlaskiej do Warszawy był ucieczką?


Nie, szansą nauki u wielkiego profesora. Mieszkałem w
Dziekance i uczyłem się w najlepszej średniej szkole muzycznej im. Chopina przy
Szpitalnej. Przed dyplomem grałem forsownie i puchła mi ręka. Żyłem w napięciu,
przed każdym występem całą noc nie spałem i życie zamieniało się w koszmar.
Wiedziałem, że z chorą ręką nie będę Rubinsteinem. Postanowiłem zdać na Akademię
Muzyczną na teorię muzyki. Namówił mnie do tego dziekan wydziału, prof. Stefan
Śledziński. Na wizytacji w szkole średniej podobało mu się, jak mówiłem o
muzyce: „Namawiam pana na teorię muzyki. W tej dziedzinie widzę przed panem
przyszłość”.


I się nie pomylił?


Nie. Ale dostać się do elitarnej Akademii Muzycznej w
Warszawie było marzeniem ściętej głowy. Większość zdających, to byli
protegowani notabli. Ilość przerażająca. Na początku nie zdawałem sobie z tego
sprawy, ale potem widziałem jak szoferzy przywozili moje koleżanki i kolegów studiujących i trzy godziny pod
szkołą czekali w samochodzie służbowym aż wyjdą i odwiozą ich do domu.
Zorientowałem się kim są ich ojcowie i matki.


To były osoby utalentowane?


Nieee, nie ma ich, przepadli, nie istnieją.


Pierwsza gazeta, do której pan pisał?


Dziennik Ludowy, dział kultury, kierowany przez Zofię
Dróżdż-Satanowską. To matka chrzestna mojej pracy dziennikarskiej! W redakcji
nazywano ją Rasputin w spódnicy. W czasie wojny założyła partyzantkę na
Wołyniu. To jedna z najpiękniejszych postaci, jakie w życiu spotkałem. Kobieta
bohater: duża, ładna, czarnowłosa. Była potęgą. Znana, honorowana, odznaczana.


Pamiętam, marzec 1968 roku, po słynnym przemówieniu Gomułki
w kilka osób z działu kultury zebraliśmy się wokół Satanowskiej w naszym pokoju.
Zza biurka na cały korytarz krzyczała: „Dajcie mi kamień!” Była wściekła, bo
tworzyła tę redakcję i protestowała, że wszyscy polecieli do naczelnego na
zebranie pod hasłem: „Łapać Żydów”. Moją starszą koleżanką z działu,
żydowskiego pochodzenia, była Halina Przedborska, matka Agaty Tuszyńskiej.


Satanowska pojechała do Gomułki, którego znała osobiście i
rzuciła mu legitymację partyjną. A Moczarowi - legitymację Zbowid-u.


Myśleliście podobnie jak szefowa?


Oczywiście, przecież to byli nasi koledzy. Jak ja mógłbym
wystąpić przeciw Halinie Przedborskiej?


W 1968 roku nie wyjechała z Polski?


Nie, została. Nie rozumiałem tego, że inni wyjeżdżali. To
było niemożliwe, że coś ich może spotkać. Takie barbarzyństwo jak Holocaust,
tylko raz się zdarzyło. Satanowska miała odwagę zaprotestować: „Halina Przedborska
będzie pisała”. Została i pisała cały czas. Reakcja Dróżdż - Satanowskiej była
głośna w całej Polsce, powiedziała też o tym Wolna Europa.


Spotkały ją jakieś szykany?


A skąd, naczelny przy niej był nikim. Do emerytury była w
redakcji. Gdy odeszła, to ja też. Jako wolny strzelec pisałem do wielu gazet. W
1968 roku, kiedy zmarła Ada Sari, napisałem pierwszy artykuł do Ruchu
Muzycznego. Pisałem do Opernwelt w Hamburgu, Gente w Mediolanie, Hudebni
Rozhledy w Pradze. A współpraca z magazynem Sowieckaja Muzyka w Moskwie, który
miał nakład półtora miliona egzemplarzy, pomogła mi w karierze. Zamówili u mnie
pierwszą recenzję z premiery „Balu Maskowego” Franco Zefirellego w La Scali.


Wie pan, ale umówić się i spotkać z gwiazdami światowymi,
jak Leontyne Price w Nowym Jorku, czy z Jassye Norman w Salzburgu, nie było
proste. Żeby wyjechać, musiałem złożyć podanie o paszport i czekać. Raz w roku
można było wymienić dziesięć dolarów. To były wyprawy. Cudem oglądałem świat,
którego częścią się czułem i do którego tęskniłem.


Jak pan sobie radził z 10 dolarami?


W Mediolanie dziennie jadłem pół bagietki, pomidor i pół
litra mleka i miło to wspominam, linię miałem jak trzeba. Ale w La Scali
oglądałem wielkie przedstawienia i kreacje. Po spektaklu z kolegą spaliśmy na
dworcu z torbami pod głową. Rano myliśmy się w dworcowej łazience i jechaliśmy
dalej. Pełen wrażeń wracałem do Polski i marzyłem o następnym wyjeździe.


Teraz, gdy jestem w Mediolanie, z sentymentem oglądam ławki,
na których spaliśmy. I miejsca w La Scali na ostatnim piętrze, tam była świetna
publiczność od lat 15 do 85 i wszyscy od razu zaprzyjaźnieni.


Pamiętam, w 1978 roku, z Nowego Jorku dzwoniłem do żony Jana
Kiepury, Marty Eggerth. Chciałem porozmawiać o ich karierze: „Czy mógłbym panią
prosić o spotkanie w tym lub w przyszłym tygodniu”. A ona: „To niemożliwe, ale
proponuję, niech pan za dwa miesiące przyjedzie na Hawaje”. Mnie zatkało.
Mówiła to do kogoś, dla kogo problemem był wyjazd do Berlina. Podziękowałem i
rozmowa skończyła się na kilka lat. Takie było rozumienie naszych realiów przez
ludzi mieszkających w wielkim świecie.


Czy w Białej Podlaskiej, a potem w Warszawie czuł pan, że
jest przez otoczenie inaczej odbierany?


Czułem moją biedę. Byłem studentem elitarnej uczelni, ale
nie miałem niczego. Żeby pójść na pierwszy bal sylwestrowy do Filharmonii
Narodowej - to były najsławniejsze bale w Polsce, przepiękne - przez cały rok
jeździłem pod Warszawę i dzieciom w domach udzielałem lekcji gry na fortepianie
i zbierałem pieniądze.


Na garnitur?


Garnitur ja miałem zawsze, od dziecka, od małego chłopca.
Zbierałem na bilet.


W dzieciństwie i młodości pana stroje, to były głównie
garnitury?


Tak i dzisiaj też.


Myślę, że gwiazdy, z którymi się spotykałem, nie
przypuszczały, jak jestem biedny. Przyjąłem dewizę, której nie żałuję: nigdy
nikomu nie powiedziałem o swoich niedostatkach.


Pamiętam bal w Monte Carlo w Hotelu de Paris, na którym byli
wielcy artyści, arystokraci, bankierzy. Po raucie pożegnali się ze mną, wsiedli
w swoje Rolls-Royce i odjechali. A ja 40 minut piechotą szedłem do
pensjonaciku. Oni by mnie zawieźli, tylko im do głowy nie przyszło, że przed
hotelem nie stoi mój Rolls-Royce.


Zauważyłem, że elita świata nie lubi biedy. Bo bieda śmierdzi.
Nie wierzyliby, że biedny znalazł się wśród nich, to wprawiłoby ich w dobry
humor.


A pan był tam jako dziennikarz z Polski?


Jako znajomy. Dziennikarzy oni nie przyjmują, w teatrze tak,
ale w kontaktach z tymi osobami dziennikarstwem nie trzeba się reklamować.
Byłem pianistą z Polski.


Informacja, że jestem Polakiem robiła nawet karierę. W 1978
roku, kiedy był wybór Wojtyły na papieża, sześć miesięcy mieszkałem w Nowym
Jorku i reagowali na mnie z ciekawością, że jestem z kraju papieża. Dostałem
wtedy kontrakt z telewizji nowojorskiej, ale nie podpisałem.


Dlaczego?


Przestraszyłem się języka. Niemożliwe jest uczenie się w
obcym języku na pamięć tego, co mam powiedzieć. Gdybym spróbował tam szczęścia,
wynajął dwa pokoje z kuchnią, zrobił kolację, nikt by do mnie nie przyjechał z
ludzi, których spotykałem. Oni mieszkają przy Piątej Alei i nie jeżdżą byle
gdzie, tam jest to przestrzegane.


Wiedziałem, że język będzie barierą, że zawsze będę
przybyszem z innego kraju. Jako przykład stawiałem sobie życie i karierę Poli
Negri. Dopóki film był niemy, było świetnie. Kiedy narodził się dźwiękowy, było
gorzej. Cudzoziemcy nie wytrzymują tej konkurencji. A żeby w telewizji
prowadzić talk-show, to trzeba sypać jak z rękawa.


Bo w Polsce już pan sypał z rękawa?


Już miałem karierę ugruntowaną.


Stchórzyłem, przyznaję panu. Ale dobrze zrobiłem. W Polsce
mam swoją publiczność. W sobotę prowadziłem koncert w Kędzierzynie Koźlu, na
którym występowali śpiewacy, w hali Azoty było cztery tysiące ludzi. Proszę
pana, jak mnie przywitano, jak mnie pożegnano owacjami na stojąco, było „Sto
lat”, to ja bym tego nie miał w Ameryce. Wie pan, jak ludzie reagują w obliczu
mojej choroby? Nie mogłem mówić, łzy mi do oczu napływały, bo ja tego nie
oczekuję, nie żądam.


A z moim udarem było tak: o dziewiątej rano po kąpieli, po
śniadaniu czekałem w tym fotelu, bo impresario miał mnie zabrać na koncert do
Olsztyna. I w sekundę w głowie coś mi się zamykało, podwójnie widziałem i
zaczynał się paraliż ręki i nogi. Na szczęście asystentka przyszła 15 minut
wcześniej niż zazwyczaj i dzięki temu udało mi się dojść do drzwi.
Powiedziałem: „Dzwoń po pogotowie” i już był paraliż. Ona mnie przyciągnęła do
fotela.


W szpitalu lekarz wypełniał ankietę, a ja: „Panie doktorze,
muszę jechać na koncert”. A on: „Dzisiaj to pan nigdzie nie pojedzie”.
Zrozumiałem, że to nie żarty. Ale myślałem: „Co powie mój impresario? Pierwszy
raz w życiu zawiodłem. Bo na żywo w telewizji miałem 40 stopni gorączki i
dobrze poszło. Nigdy niczego nie odwołałem.” Ale udar okazał się silniejszy.
Kompletny paraliż prawej strony ciała. Żeby przełożyć prawą rękę, musiałem lewą
dłonią złapać prawą i przenieść. Zero siły i czucia.


Panikował pan?


Nie zdążyłem, pomógł mi lekarz: „Radzę, żeby pan ani razu
nie zadał sobie pytania: Dlaczego mnie to spotkało? Niech pan pomyśli, jak z
tego wyjść?” I do dzisiaj nie pomyślałem: dlaczego?


A o czym pan myślał?


Jak się przewrócić z boku na bok. Nie mogłem i pielęgniarki
mnie przewracały. Przeszedłem tortury. Najpierw mnie pionowano - na minutę
ustawiano w maszynie. Bo straciłem poczucie pionu i zdawało mi się, że stoję
krzywo, a stałem prosto.


Wie pan, myślę, że przyczyną mojego ataku był silny stres,
bo kilka godzin przed udarem wróciłem od swojej siostry Anny ze Sztokholmu,
która leżała w klinice królewskiej. Była jedyną moją siostrą. A od profesora
dowiedziałem się, że ma nowotwór płuc i to koniec - wyrok śmierci. Siostra
prosiła profesora, żeby mi nic nie mówił, a on mi powiedział.


I jak ze sobą rozmawialiście?


Żartowałem, nie wychodziło mi i ona to widziała, bo byliśmy
zżyci. Kilka razy dziennie do siebie dzwoniliśmy. Gdy żegnaliśmy się, mówiłem,
że za kilka dni przyjadę i znów będę pół tygodnia i tak będę latał do
Sztokholmu. Wróciłem w nocy i myślę: zadzwonię do niej rano. A rano miałem
udar. Ale najgorsze, że nie mogłem zadzwonić, bo po udarze przez trzy tygodnie
nie mówiłem, a bełkotałem. I zapomniałem jak się obsługuje telefon. Więc nasi
wspólni przyjaciele dzwonili i mówili jej, że leżę w klinice na badaniach serca
podłączony do aparatów.


Po trzech tygodniach poprawiło mi się i zadzwoniłem dzień
przed jej śmiercią. Starałem się mówić wyraźnie, ale wyczuła.


Przyznał się pan?


Nie mówiłem, że jestem sparaliżowany, ale wiedziała, bo
udar, to nasza choroba rodzinna. Od dziecka wzrastaliśmy w jej atmosferze i się
opatrzyliśmy. Gdybym rozmawiał z kimś przez telefon, od razu bym wiedział, że
jest po udarze.


W naszej rodzinie choroby to był temat tabu. Obowiązywała
zasada: ukrywać - nie martwić bliskich, dzieci. I siostra przede mną ukrywała
swój nowotwór, a ja przed nią swój udar.


Byliście mocno związani, a ukrywaliście choroby?


Ale do głowy mi nie przyszło, że to już. Profesor
powiedział, że to wyrok śmierci i tyle. Myślałem, że wyrok, to jest rok. Kto by
myślał, że to koniec, przecież dawali jej lekarstwa.


Pamięta pan ostatnie słowa jakie sobie powiedzieliście?


„Zadzwonię jutro”.


I nie zdążyłem. Śmierć była pierwsza. Klinika zawiadomiła
moich znajomych w Sztokholmie, a oni zadzwonili do mnie. Przy tej rozmowie był
mój lekarz, pani ordynator, tabletki uspokajające.


Z siostrą planowaliśmy, że po przejściu na emeryturę wróci
do Polski. Anna była rozwiedziona. Chcieliśmy, jak za czasów studenckich,
zamieszkać razem. Mieliśmy kupić psa i kota.


Był pan na pogrzebie siostry?


A skąd?! Leżałem w łóżku! Nie ruszałem ręką ani nogą!
Siostra jest pochowana w Sztokholmie i moi przyjaciele pojechali na pogrzeb.


W szpitalu dostawałem od telewidzów, radiosłuchaczy, a także
od osobistości świata, jak kardynał Gulbinowicz, święte obrazki i do domu
przywiozłem kolekcję. Chora kobieta z innego oddziału przyszła do mnie z
obrazkiem ojca Pio. Mam go przy łóżku.


Wie pan, ja mam wiele rzeczy świętych, nie mówiąc o
wizerunkach Matki Boskiej Ostrobramskiej, Częstochowskiej, czy Matki Boskiej z
Gwadelupy. Są od telewidzów. Piękne.


Stoją w punkcie centralnym - na środku stołu w salonie.


Ależ oczywiście.


Wzruszająca jest ilość mszy w mojej intencji, zamówionych w
Europie. Z Niemiec przysyłano mi obrazeczki z informacjami w jakim mieście i o
której będzie msza. Dostałem też ten srebrny breloczek z Matką Boską, który
przypiąłem do telefonu komórkowego.


Po udarze dużo rozmyślałem, dokonywałem podsumowań. To nie
żarty - otarłem się o śmierć. Mam 66 lat i świadomość, że dane mi było drugi
raz się urodzić. Widziałem jak inni pacjenci umierali. Dzień, dwa, trzy i
koniec. Ale udawałem, że nie widzę.


Pewnego dnia przyszedł do mnie znakomity, z Bożej łaski,
lekarz, czyta kartę i mówi: „No brawo! Brawo, panie Bogusławie! Miał pan
dzisiaj wielki sukces, gratuluję”. Zapytałem: „Pewnie któryś mój program
powtórzyli?”. A on: ”Nie. Dzisiaj była kupa”. Zgłupiałem w łóżku z wrażenia:
„Panie doktorze, ja miałem w życiu większe sukcesy”. A on: „Nie, pan jest w
błędzie. Ta kupa, to jest największy sukces, jaki się może zdarzyć” i wyszedł.


Przemyślałem to i doszedłem do wniosku, że ani Paryż, ani
Rzym, ani chiński mur, to wszystko nic. Ważna jest ta kupa. Następuje
przewartościowanie, bo przy paraliżu ciała nie jest proste, gdy mięśnie nie
pracują.


Zajęcia terapeutyczne miałem w sali, gdzie były dwa stoliki
i o tej samej godzinie przychodził 33-latek, który stracił pamięć. Raz na jego
stoliku stał talerzyk do ciasta. Terapeuta mówi: „Może mi pan podać talerzyk?”
On siedzi. „Proszę podać mi talerzyk”. Nic. „Dlaczego pan nie chce podać mi talerzyka?”
A ten pacjent - docent z Krakowa - mówi: „Bo tu nie ma talerzyka”.


Proszę pana, ja sobie tego nie wyobrażam. Mówiłem do pani
profesor: „No co by było, gdybym ja zapomniał wszystkie śpiewaczki?”(śmiech)


Co Bóg chciał przez to wydarzenie panu powiedzieć?


Chciał mi pokazać, że istnieje przemijanie. Zawsze te myśli
od siebie odganiałem. Jadąc samochodem nie patrzyłem w stronę cmentarza. Bóg mi
pokazał, że trzeba się oswajać z myślą, że pewnego dnia przychodzi koniec.


Dlatego mniej pracuję, więcej czasu poświęcam sobie. Sensem
jest spotkać się ze znajomymi i porozmawiać. Od wielu lat był pęd życia.


Pracoholizm?


Zaawansowany i nieuleczalny. Liczyła się tylko praca. W
kółko: dzień i noc, soboty, niedziele i święta. Pędzenie samochodem po Polsce.
Nieraz w miesiącu trzy przeloty nad oceanem do Stanów i Kanady. Sama telewizja
by wystarczyła, do tego radio, pisanie książek, dyrekcja wielkiego festiwalu,
zdobywanie dotacji, koncerty w Polsce - ilość niezliczona, podróże światowe -
ilość niezliczona. Tego nie wytrzymałby koń pociągowy.


Zawsze miałem wrażenie, że zachowuje się pan, jakby
chciał wyskoczyć z własnego ciała.


Chciałem przeskoczyć siebie samego, ale to mi się nie udało.


Wie pan, pełnię jeszcze jedną funkcję, bo rodziny piszą
maile, że mają w domu po udarze chorą matkę, męża, syna. I co mają robić?
Udzielam informacji ludzkich, humanistycznych. Piszę o nadziei.


O co dzisiaj jest pan mądrzejszy?


Jest mądre powiedzenie Beethovena: „Spiesz się powoli”.


Zapomniałem o pieniądzach. Znajomi negocjują, chcą więcej.
Upominam ich: „Wyjedźcie do Łowicza, posiedźcie kilka dni w pięknych wnętrzach.
Nie warto walczyć o pieniądze, bo zdobywa się je w trudzie, a potem i tak trzeba
je zostawić i odejść tak, jak się urodziliśmy”.


Wie pan, zawsze świetnie czułem się w
Nowym Jorku, Paryżu, Rzymie, Hawanie. Kiedy dopadł mnie udar, zdałem sobie
sprawę, że te podróże nic nie znaczą, można było tam nie jeździć, nieważne.
Ważne jest stanąć na dwóch nogach.


Postawić chorą nogę i zrobić krok do przodu, to umiejętność
i ciężka praca. Bo nie mogłem poruszyć żadnym palcem. Po trzech miesiącach
wyszedłem z kliniki na Sobieskiego o lasce, sam schodząc po schodach. Widzę,
jak dzieci sąsiadów rok temu wchodziły po schodach, a jak teraz wchodzą - już
się nauczyły. I ja tego się uczę. Gdy idę po schodach, nogi muszę stawiać
prawidłowo: zaczynam zdrową - lewą i dostawiam chorą - prawą. Precyzyjnie, bo
inaczej nie nauczę się chodzić.


Minęło półtora roku i codziennie w domu mam lekcję z
rehabilitantem. Gdyby pan posłuchał jak się drę w niebogłosy. Pan by myślał, że
mnie obdzierają ze skóry. Witałem się z panem prawą dłonią i mogę już coś
zrobić w kuchni. Nie mogę jeszcze pisać i prowadzić samochodu.


Półtora roku ćwiczy pan w ramach ubezpieczenia?


Pan żartuje? Trzeba zafundować sobie prywatne zajęcia, tak
jak lekcje angielskiego, czy muzyki. Mimo rekonwalescencji, wyjeżdżam na
występy i zarabiam na terapię.


A jak królowie życia i sceny, których pan opisywał,
radzili sobie z chorobą?


Nie pamiętam przypadku, żeby ktoś długo chorował. Umierali
błyskawicznie.


Czego te gwiazdy pana nauczyły?


Podporządkowania życia sztuce. Nie wolno udawać, że się jest
artystą i być ojcem, mężem i kimś jeszcze. Ma być koncentracja w jednym
kierunku.


A co z resztą życia?


Nie ma. Życie jest na scenie.


Łatwo tak?


Nieeee, ale trzeba, żeby mieć efekty artystyczne. Na scenę
trzeba wyjść naładowanym jak akumulator. Iskrzyć.


Nie odczuwał pan braków w innych kierunkach życia?


Nie, scena i sztuka wszystko rekompensuje. Byłem pochłonięty
czymś fascynującym. Pogodziłem się z tym, że nie mam rodziny.


Czy przez kostyczność wychowania trudno było nawiązywać
kontakty osobiste?


Tak, tylko przyznaję: kontakty
osobiste, to był margines mojego życia.


Pamiętam, kupiłem sobie pięknego dalmatyńczyka, który z
powodu moich wyjazdów tak cierpiał, że gdy przed kolejną podróżą pakowałem się,
to gryzł walizkę i wył. Moja gosposia spała w pokoju gościnnym i ten porządny
pies ze złości pod drzwiami robił jej kupy.(śmiech)


20 lat temu powiedział pan: „Może trzeba było mniej serca
ofiarować św. Cecylii - patronce muzyki, a odrobinę więcej jakiejś ziemskiej
istocie”.


To rozmyślania, bo jakbym nie postąpił, byłbym zadumany, czy
zrobiłem dobrze. Nie ma recepty. Mam za sobą czteroletnie małżeństwo.


Warto było?


Warto, żebym sobie nie wyrzucał, że nie spróbowałem.


Skąd wzięła się w panu egzaltacja i patos?


Z opery. Bo ja przecież od najmłodszych lat, jako chłopiec,
oddychałem powietrzem operowym.


Żałuje pan, że sam nie śpiewa?


Próbowałem jako dziecko i miałem piękny sopran chłopięcy.
Ale na skutek medycznych eksperymentów z penicyliną straciłem głos.


Pana specjalność to diwy operowe. Do czego kiedyś
społeczeństwu potrzebna była diwa?


Diwa potrzebna jest każdemu społeczeństwu w każdych czasach.
Bo jest uosobieniem koloru, rozmachu, temperamentu, smaku życia. A do tego
wszyscy tęsknią. Żałuję tylko, że dzisiaj diwami nazywają amatorki, które mają
urodę modelek i łączą sztukę z wyglądem.


To źle?


Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Pytano mnie, co sądzę o
Annie Netrebko, modnej dzisiaj. Powiedziałem, że to śpiewająca modelka. Bo gdy
słucham Marii Callas - po plecach przechodzą mi dreszcze. A kiedy słucham Anny
Netrebko, myślę: „Ładnie wygląda i ma ładne suknie”.


Gdy żyła Maria Callas, ludzie nie sądzili o niej tego, co
pan o Annie Netrebko?


Absolutnie nie! Poza tym - Maria Callas żyje wiecznie!


Bo ciągle żyje jej głos.


Ale wielbiciele Netrebko pewnie myślą o niej to samo, co
pan o Callas?


Mają nieszczęście, bo nie słyszeli gigantów sceny operowej.


Co charakteryzuje diwę?


Głos niezwykły. Jeśli nie wielki, to wyjątkowo piękny. A
jeśli wielki, to w brzmieniu dramatyczny. Osobowość kolorowa, władcza, z nerwem
scenicznym. Wchodzi i liczy się tylko ona. To królowa sceny.


Na co może sobie pozwolić gwiazda?


Znałem wielkie gwiazdy i wszystkie były miłe, skromne,
czarujące i nieprawdopodobnie wymagające od siebie i od wszystkich po kolei.
Jeśli ludzie nie spełniają oczekiwań gwiazdy, wybuchają skandale. Callas była
mistrzynią robienia skandali. Żądała od ludzi doskonałości, a wielu nie było w
stanie spełnić jej oczekiwań.


Te oczekiwania powinny być spełniane?


Oczywiście, sztuka musi być utrzymana na poziomie
najwyższym.


Po debiucie w operze w Atenach miała zastępstwo w ”Tosce” i
charakteryzowała się w garderobie. Ważyła 115 kilo. Tenor, który miał śpiewać
Cavaradossiego, powiedział: ”To dzisiaj mamy śpiewać z tym potworem?” Ona to
usłyszała, zdemolowała garderobę, rzuciła się na tenora i przedstawienie
odwołali. Odmówiła występu, ale miała rację.


Pan Marię Callas poznał osobiście?


Tak, w 1973 roku na bankiecie w Teatro Regio w Turynie, po
premierze opery ”Nieszpory sycylijskie” Verdiego, którą reżyserowała.
Towarzyszył jej wielki tenor Giuseppe di Stefano. Poznałem też Arystotelesa
Onasisa z panią Kennedy, była Liz Taylor i Richard Burton. Dostąpiłem
zaszczytu, bo Callas udzieliła mi wywiadu. A z dziennikarzami nie spotykała
się, miała pretensje, że robili z jej życia sensację. Myślę, że spotkała się ze
mną ze względu na moją skromność, musiałem dziwnie wyglądać na tle tamtych
osobistości, choć nie zdawałem sobie z tego sprawy. Wyglądałem najbardziej
elegancko jak mogłem - w garniturze z MHD, aksamitnej muszce i butach z
Radoskóru.


Był pan w relacji z kilkoma diwami.


Montserrat Cabalie, to wielkość, z nią łączyła mnie
przyjaźń, poznałem ją w Nowym Jorku. A z polskich gwiazd przyjaźniłem się z Ewą
Bandrowską-Turską, z Wandą Wermińską. Pociągające były ich osobowości i
legendarne kariery.


O Adzie Sari powiedział pan: „Oszalałem na jej punkcie. A
ona przeglądała się w moich oczach jak w lusterku."


Drugiej takiej nie spotkałem na kuli ziemskiej. Byłem młody,
nie znałem świata i nagle spotkanie z kimś wielkim, jak epoka. Adę Sari
poznałem przypadkowo, jej studentka miała u maestry lekcję przed dyplomem i
zachorowała pianistka. Poprosiła, żebym jej zaakompaniował. I wszedłem do
zaczarowanego świata. Ada Sari żyła w drugiej połowie XX wieku, a była
przedstawicielką XIX-wiecznej kultury i elegancji. Miała 80 lat. Zapraszała
mnie potem coraz częściej i snuła opowieści o karierze. Żyłem w świecie, który
przeminął. Zapach i kolor tego świata ożywał w jej wspomnieniach.


Jak?


Ada Sari była niezwykła, zaczynając od
stroju. Przed wyjazdem do filharmonii i Teatru Wielkiego, gdzie jej
towarzyszyłem, krawcowa projektowała jej stroje, a szewc z tego samego
materiału robił buciki, zwane prunelkami. Miała ich 40, czy 60 par. Proszę pana
- do każdej sukni prunelki. Na głowę zarzucała czarną woalkę z czarnymi
kropkami, nazywała je muchami. Do tego szal wenecki spięty na dwa lwy, które w
oczach miały brylanty. Na szyi na złotym łańcuchu zawieszała aparat do patrzenia,
bo nie używała okularów, była to soczewka oprawiona złotem z brylantem w
uchwycie. Dobierała garnitur biżuterii, czyli jeden rodzaj kamienia: brylanty,
szmaragdy, albo perły. Zakładała wszystko i wyjeżdżaliśmy.


Ada Sari żyła jak w akwarium - sama nigdzie się nie
poruszała. W ministerstwie kultury prowadzony był kalendarz jej wyjazdów do
Teatru Wielkiego, filharmonii i na posiedzenia senatu w Akademii Muzycznej i
minister wysyłał samochód. Pamiętam, podczas przerwy w Teatrze Wielkim szliśmy
przez hol, ja młodziutki, szczupły chłopiec, ona wielka gwiazda, trzymała mnie
pod rękę, a po obydwu stronach wszyscy gięli się w ukłonach. Ada Sari kłaniała
się uprzejmie, ja pytałem: „Kim jest ten pan?”, a ona uśmiechnięta,
odpowiadała: „Nie mam pojęcia” i szliśmy dalej.(śmiech) To było jak w operze
”Eugeniusz Oniegin” Czajkowskiego. Ja - Gremin, a Ada Sari - Tatiana, którzy
idą wśród szpaleru na balu. Niezapomniane.


Ona nigdy nie była w
sklepie. Uczennice żartowały: ”Maestra, ile kosztuje jajko?” A ona: ”Pięć
złotych”. A kosztowało 40 groszy. Jej się myliły waluty, bo ciągle była w innym
kraju. Mieszkała w Mediolanie, a w 1936 roku do Warszawy przeniosła apartament,
który w czasie powstania spłonął - piętro kamienicy na Rakowieckiej - i dzieła
sztuki i kostiumy, archiwum, wszystko.


Coś jej zostało?


Miała 200 uczniów, to rekord. Uczyć się śpiewu w Polsce i w
Europie i nie być uczniem Ady Sari, to był błąd. Tych 200 osób uczyła od przed
wojny do końca życia w 1968 roku. Pamiętam, byłem u niej, kiedy wyjeżdżała do
sanatorium w Ciechocinku i pakowano kufry. Pytałem, dlaczego jedzie tylko na
tydzień? ”Bo na lekcje przyjadą uczniowie z Francji, Austrii, Czech i muszę ich
przygotować na konkursy międzynarodowe”. Ale w Ciechocinku zmarła nagle na
zawał serca.


Wyobraża pan sobie swoją wypowiedź bez przymiotnika:
niezwykły, albo rewelacyjny?


Nie o wszystkich tak mówię. Ale do audycji spośród tysięcy
wybierałem niezwykłych. Przez 15 lat jeździłem na festiwal do Cannes i
kupowałem rewelacyjnych, bo innych nie angażowałem. A w życiu codziennym moje
oceny są inne, kiedy widzę marność artystyczną.


Wie pan, gdy obejmowałem teatr Roma, miał pustą salę, ludzie
nie chodzili, chcieli go zlikwidować. W cztery lata uczyniłem 103 procent
frekwencji. Trzy procent to miejsca stojące, a przepisy nie pozwalają na
więcej. Teatr zaczął być oblegany, z zagranicy przyjeżdżały wycieczki, bo stał
się znany w Europie. Na nikim to nie zrobiło wrażenia. Na świecie taki człowiek
byłby noszony na rękach. W Polsce obojętność.


Z czego to wynika?


Z amatorszczyzny w podejściu do sprawy.


Jak się zostaje dyrektorem teatru?


Byłem prorektorem Akademii Muzycznej i przyszedł dyrektor
wydziału kultury z Ratusza. Prosił, żebym objął dyrekcję teatru, który umiera.
Teatr przeszedł okropne koleje losu, miasto zabrało go wojewodzie, czyli
przestał być państwowy, aby następnego dnia sprzedać go biznesmenowi z Londynu,
który rządził pół roku, wziął kredyty i uciekł za granicę. Dowiedziałem się o
tym, gdy już byłem dyrektorem i przedstawiciele banków przychodzili po zwrot
milionów. Przeżyłem chwile grozy. Skierowałem ich do Ratusza - niech spłaca
długi. Oni twierdzili, że ja muszę, bo jest ciągłość instytucji.


A skąd zarzuty, że za pieniądze teatru kupował pan meble,
które stały się pana własnością?


Nie, takiego zarzutu nie było.


A kilimy?


A tak, kilim, to słynna sprawa. Był moją własnością, przeze
mnie kupiony - mam kwit - i wypożyczony teatrowi nieodpłatnie do końca mojej
kadencji. Przestałem być dyrektorem i odwieziono mi go do domu. Przy okazji rozpętano
kampanię, pokazywałem ten kwit w telewizji, wysyłałem dziennikarzom, ale nikt
nie sprostował. Kilim mam do tej pory, przypomina mi te smutne chwile. Ładny,
ale nie arras wawelski.(śmiech)


Pewnego razu władze PRL uznały, że jest pan autorytetem,
który może w jej imieniu przemówić narodowi do rozsądku?


Zawsze odmawiałem występów na tematy polityczne. Odmówiłem
nawet Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego. 13 grudnia 1981 roku, pierwszego
dnia stanu wojennego, telefony odcięte, dezorientacja, przyjechał patrol
wojskowy: ”Proszę się ubrać, zabieramy pana” ”Dokąd?” ”Nie możemy powiedzieć”.
Pustymi ulicami Warszawy zawieźli mnie do telewizji na Woronicza. Przed gmachem
czołg, korytarze opustoszałe, wprowadzili mnie do pokoju, a tam siedziało kilku
wojskowych. Generał Żyto wstał i mówi: ”Ojczyzna w niebezpieczeństwie. Należy
łagodzić obyczaje. Polacy muszą się pogodzić. Polacy muszą mówić jednym głosem”
i tak mówił z 20 minut. Po czym: "Dlatego prosimy, żeby pan wystąpił w
dzienniku telewizyjnym i wezwał Polaków do jedności". We mnie piorun
strzelił. Ani z kim się porozumieć, ani zapytać o zdanie.


Wie pan, dzisiaj wiemy jakbyśmy się zachowali, jesteśmy
bohaterami narodowymi. Ale przywieźli mnie nagle, nie było nikogo, kto by mnie
wsparł. Generał wymienił mi nazwiska osób wybitnych, które się zgodziły. Oni
przed własne oblicze przywozili nas pojedynczo i się nie widzieliśmy. I
wymieniają mi wielkie nazwiska kultury polskiej - wszyscy to moi znajomi -
którzy wystąpią w dzienniku telewizyjnym i powiedzą do narodu, żeby była
jedność. A ja na to: ”Nie przemówię”. ”Ale może pan powiedzieć swoimi słowami”.
”Nie mówię o rzeczach, które nie są moją specjalnością. Mogę przygotować
program: Moniuszko na scenach świata”. Zorientowali się, że nie ma sensu mnie
namawiać: ”Przykro nam, dziękujemy”. Wyszedłem i pytam żołnierzy: ”Co mam
zrobić, nic nie jeździ?” ”Mamy zlecenie odwieźć pana" i przywieźli mnie
pod dom. A moi koledzy, których nazwiska wymienili, wystąpili w dzienniku.


Ale w czasie stanu wojennego występował pan w telewizji?


Tak, kilka dni po spotkaniu z generałami przygotowałem
program ”Moniuszko na scenach świata”. A potem fragmenty operowe Verdiego. Ale
mówiłem tylko na tematy muzyczne.


Nie brał pan udziału w bojkocie telewizji?


Nigdy tego nie rozumiałem. Uważałem, że w każdym okresie
trzeba występować, tylko robić, co do mnie należ







Drodzy Przyjaciele!


Zmarła Maria Fołtyn. Ostatnia prawdziwa primadonna
polskiej opery w wielkim, dawnym stylu.
Śpiewała pięknym, włoskim w brzmieniu głosem lirico – spinto, wykształconym w
znakomitych szkołach Adama Didura i Ady Sari. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności
spotkała tych światowej sławy śpiewaków na drodze swojego życia i oddała swój
talent w ich mistrzowskie ręce. Na efekty tej nauki nie trzeba było długo
czekać. Maria Fołtyn na scenie objawiała ogromny temperament, żar interpretacji
oraz wrodzony patos i dramatyzm należny
operze, którym nasycała kreowane przez siebie postacie. Ci, którzy mieli
szczęście oglądać jej Halkę, Toskę czy Magdalenę w Andrea Chénier nigdy tych
przedstawień nie zapomną i do jej kreacji będą porównywali występy innych śpiewaków.


Była primadonną Opery Warszawskiej, ale
także śpiewała we wszystkich czołowych teatrach operowych całego kraju. Jej
światowe tournée wiodło przez takie sceny, jak Teatr Bolszoj w Moskwie, Opera w
Petersburgu, Kijowie, Berlinie, Lipsku, Dreźnie, Budapeszcie, Bukareszcie,
Sofii, Pradze, Lubece, Düsseldorfie, Hamburgu, Saarbrücken. Z powodzeniem śpiewała
też w Nowym Jorku, Chicago, Buffalo,
Detroit i Hawanie.


Po ukończeniu Wydziału Reżyserii PWST w
Warszawie, w stolicy Kuby wystawiła swoją pierwszą premierę, którą była Halka
Moniuszki. Odniosła wówczas ogromny sukces u publiczności i krytyki. W
tytułowej roli obsadziła czarnoskórą śpiewaczkę Yolandę Hernandez, czym nadała
polskiej narodowej operze nieznany dotąd wyraz dramatyczny. W jej kubańskiej Halce nie chodziło o nieco zwietrzały w
naszych czasach mezalians biednej góralki z bogatym paniczem. Tutaj z całą wyrazistością ukazany został
ciągle istniejący w tamtej części świata problem związku czarnoskórej dziewczyny
i białego młodzieńca, wywodzącego się na dodatek z hiszpańskiej
arystokratycznej rodziny.


W późniejszych latach pasją życia Marii
Fołtyn stało się pokazywanie na różnych kontynentach urody i serdeczności
muzyki Stanisława Moniuszki, tak często niedocenianej i lekceważonej przez Rodaków.
Wystawiała jego opery w Tokio i w Mexico City, w Brazylii i Nowosybirsku, a
także w Warszawie i innych polskich
miastach. Stworzyła wówczas idealny, nawiązujący do tradycji wzorzec
interpretacji oper Moniuszki, który – mam nadzieję – przetrwa przez następne
dziesięciolecia. Na koniec życia zorganizowała w Warszawie Międzynarodowy
Konkurs im. Stanisława Moniuszki. Wśród jego laureatów znajdujemy utalentowane
gwiazdy polskich i światowych scen muzycznych, jak Aleksandra Kurzak, Mariusz Kwiecień,
Eliza Kruszczyńska i wielu, wielu innych.


Jej życie było pasmem wielkich sukcesów,
a jednocześnie nieustanną walką o prawo do realizacji swoich ideałów. Była
bezwzględna w walce z marnymi
dyrektorami oraz bezdusznymi i pozbawionymi fantazji urzędnikami. Wszyscy jej
się ogromnie bali i dlatego akceptowali jej pomysły twórcze.


Z Marią Fołtyn przyjaźniliśmy się prawie
pięćdziesiąt lat, od 1964 roku. Łączyło
nas prawdziwe pokrewieństwo dusz i mnogość podobnych, lub wręcz takich samych
cech charakteru. Trwaliśmy w przyjaźni
nawet wtedy, kiedy nasze drogi się rozchodziły. A potem wystarczył jeden impuls
i znów byliśmy przyjaciółmi na śmierć i życie. Do końca. Zastanawiam się, czy kiedyś jeszcze spotkam takiego
Przyjaciela? Nie wiem.


Dlatego tak trudno pogodzić mi się z Jej
odejściem.


 












system cms CMS-LeoN ®    Copyrights © 2007 by Adicom - Strony Internetowe.